AETHA / JOT

Pozdro Techno Sound System w Lublinie, fot. Wojciech Pacewicz

 

Druga rozmowa cyklu poświęcona jest historii i podejściu do grania Aethy – jednej z ważniejszych postaci lokalnego środowiska klubowego, kojarzonej z grania ciężkich form głębokiego techno. Swoją muzyczną podróż rozpoczęła osiem lat temu w Lublinie, realizując się zarówno w DJingu, jak i w organizacji wydarzeń. Obecnie jest najmocniej związana z krakowską sceną, na której odnalazła się niemal natychmiast po przeprowadzce. Miała okazję zaprezentować swoje potężne w brzmieniu, skrojone pod duże wydarzenia sety całej Polsce, szybko stając się jedną z twarzy ruchu, który zawojował polski clubbing. W 2019 roku wystąpiła na imprezie z cyklu Tresor New Face na zaproszenie Kaltès z Female:Pressure, w tym samym roku jej niecodzienny set w formule B2B z Rraphem z festiwalu Instytut odbił się szerokim echem w środowisku klubowym.

 

W przerwach między występami Aetha działa na rzecz lokalnej społeczności, wspierając rozwój krakowskiej sceny klubowej. Była odpowiedzialna między innymi za organizację open decków na Szpitalnej 1, dzięki którym  dziesiątki młodych DJ-ów miało szansę skorzystania z profesjonalnego sprzętu, otrzymania wsparcia merytorycznego oraz zainteresowania lokalnych promotorów. Organizowała również wystawy, spotkania oraz wykłady muzyczne, dzięki którym artyści mogli rozwijać swoje pasje pod okiem profesjonalistów. Obecnie pracuje jako booking managerka STK47 Warehouse. Jest też współzałożycielką ekipy Vultur, w której działa z Rraphem i Diabotem. 

 

Jej działalność nie kończy się na scenie techno – jest również aktywna na scenie psytrance’owej, która zna ją pod innym pseudonimem. Jako Jot bywa headlinerką wydarzeń w Polsce oraz za granicą, współpracowała z londyńską ekipą Psy-Sisters oraz zarządza jedyną w Polsce agencją bookingową Mandala Bookings.

 

Godzinny podcast nagrany dla Background Process prezentuje brzmienia, których poszukuje w techno, jednak w lżejszym wydaniu niż większość jej klubowych setów. Proces nagrywania – taki jak zwykle w jej przypadku, czyli na raz i bez poprawek, co pomaga jej uchwycić nastrój chwili i nadać muzycznej opowieści autentyczny charakter.

 

Chciałabym zacząć od samych początków, czyli jak to się stało, że zaczęłaś grać? Co Cię do tego zainspirowało?

 

Po pierwsze to od najmłodszych lat miałam zajawkę na muzykę. Może Cię trochę zdziwię, ale ja jestem mega fanką starej muzyki – jazz, soul, od tego się w sumie zaczęło. Potem przeszłam na ska, punk – byłam punkówą przez wiele lat, grałam sobie na perkusji… Siedzieliśmy z kapelami punk rockowym w salkach ćwiczeń, bawiliśmy się i tam sobie grałam. Lublin niby jest dużym miastem, ale jednak lokalna społeczność jest bardzo zgrana. Wychodziliśmy na koncerty, byliśmy fajną paczką. 

 

Przechodząc do początków zainteresowania muzyką elektroniczną, była tam taka Asia, która zaczęła słuchać bardzo industrialnej i gotyckiej muzyki, jeździła na castle party i zajawiła się cyberpunkiem. Zaczęła wyjeżdżać do Warszawy, gdzie było więcej elektronicznych imprez, poznała się z ludźmi, którzy słuchali psytrance’u i strasznie wsiąknęła w ten świat. Jej zajawka przeszła do Lublina, zaczęła robić pierwsze imprezy psytrance’owe pod szyldem Psycho Infinity, pewnego razu poszłam z nią na jedną z edycji. Imprezy psytrance’owe są mega kolorowe, muzyka była zupełnie inna niż to, czego słuchałam do tamtej pory i strasznie mi się to spodobało. Było tam dużo znajomych z moich wcześniejszych kręgów, więc to towarzystwo i sposób zabawy jakoś bardzo ze mną rezonowały. Zakochałam w muzyce elektronicznej i zaczęłam wsiąkać.

 

Byli tam też ludzie ze środowiska tekowego, którzy grali na skłotach mega szybkie rzeczy – więc zaczęłam chodzić również na takie imprezy. Punk poszedł w odstawkę, mocniej wsiąknęłam w towarzystwo elektroniczne i zostałam tam bardzo długo. Na następnej edycji Psycho Infinity malowałam ludziom jakieś wzorki na twarzach, chciałam zrobić cokolwiek od strony organizacyjnej. Bo muza muzą, ale byłam zawsze zajawiona organizowaniem rzeczy, typu zbiórki dla zwierząt. Przez tę zajawkę zaczęłam poznawać ekipę organizacyjną tej imprezy, różnych ludzi, DJów i tak dalej. Kochając tę muzykę już naprawdę bardzo mocno, spędzałam wiele godzin na szukaniu różnych numerów i rozkminianiu ich budowy. Ta muzyka jest mega psychodeliczna, oddziaływuje nie tylko na twój słuch, ale także na to, co się dzieje wewnątrz całego ciała.

 

Bawiłam się też w jakichś programach. Pamiętam że zrobiłam jakieś mashupy The XX, nawet jest to nadal na YouTube, ale nie powiem Ci gdzie. Miało to bardzo dużo odtworzeń, szczególnie jak na no name’a. Oprócz tego miałam już jakąś kolekcję, zaczęłam bawić się DJsko psytrance’em, hard techno czy acid techno. Mój pierwszy miks to było właśnie acid techno. W serduszku przede wszystkim wytwórnia Stay Up Forever, stare wydawnictwa od Dave the Drummer czy Chris Liberator – ale sentymentalna podróż, jak to wspominam!

 

Na jakiejś domówce mój kolega i bardzo przyjazny człowiek, Łukasz Khakhulla grał seta. Stałam przy nim, pytałam jak co działa i zapytałam się, czy będę mogła sobie naciskać, a on „naciskaj”. To była domówka, bardzo luźny klimat, nie bał się że mu zepsuję seta czy coś. Zauważył, że wyciszam bas  w “dobrych momentach” i mówi „Ty, stara, masz zajebiste poczucie rytmu! Zrobimy tak, ja skończę seta, spakuję Ci ten kontroler i Ty się baw, ja Ci wszystko powiem”. Powiedział mi, jaki program mam ściągnąć (to były czasy Virtual DJa) no i siedziałam i kminiłam, co i jak. Po jakimś czasie do mnie przyjechał i zaczął mi tłumaczyć, jak to powinnam robić, jak to wygląda od bardziej profesjonalnej strony. Granie z kontrolera nie było uznawane za granie przez starszych DJów, „jak grasz z kontrolera, to nie grasz w ogóle”. Zaczęli mnie uczyć grać na winylach, pamiętam że Mole z ekipy Wunderwaffe czy Rygor cisnęli bardzo żebym z nich grała, więc coś tam próbowałam, ale z drugiej strony zawsze było towarzystwo psytrance i namawianie na granie z CDJ-100.

 

Koniec końców założyłam kolektyw Moontrip razem z ekipą ludzi, którzy lubili trochę mocniejsze psytrance’owe klimaty. Na początku pomysł był taki, że zaczynamy od ambientów, przechodzimy przez progresywne rzeczy i na koniec darkowe klimaty. Zapraszałam wiele osób ze świata transowego i traf chciał, że wtedy spotkałam Gobita z Warszawy, organizatora imprez, który mnie usłyszał i powiedział że chce mnie zaprosić na imprezę do Warszawy. Jako headlinerkę, w sylwestra. To był dla mnie mega przełomowy moment, wtedy zaczęłam brać to wszystko na poważnie. Jeśli ktoś Cię zaprasza żeby rozbujać parkiet, w sylwestra, i to jeszcze twoje imię jest jakoś najbardziej wyboldowane na plakacie, to masz większą odpowiedzialność. Wiedziałam też, że tam będzie bardzo dużo ludzi ze świata transowego, którzy naprawdę się znają, nie są w tym 2 lata (tak jak ja w tamtym czasie), tylko na przykład 15 lat. Dostałam bardzo dużo fajnych feedbacków po tym występie i jakoś wtedy się zaczęło, stwierdziłam, że to jest to.

 

Plener w Lublinie, fot. brephoto.pl

 

Czyli zarówno techno, jak i psytrance, były obecne od początku Twojego zainteresowania muzyką klubową?

 

Tak. Tylko na techno się bardziej bawiłam, a w świecie psytrance’owym bardziej działałam. Techno było bardziej zabawą, w świecie psytrance wymagano ode mnie więcej i ja również więcej od siebie wymagałam. W psytrance bardziej się wgłębiałam, techno traktowałam bardziej “imprezowo”. Poznałam te gatunki powiedzmy, że w tym samym okresie. 

 

W pewnym momencie przyjęłaś nowy alias Aetha. Jak techno z pobocznego obszaru stało się na tyle ważne, żeby poświęcić mu osobny projekt muzyczny?

 

Przyszedł czas, kiedy byłam już zmęczona graniem psytrance’ów i zaczęłam robić małe imprezki techno. I to w sumie była podobna historia – coraz więcej ludzi zaczęło mnie zauważać. Grałam wtedy całkiem inne techno (mieszałam przeokropnie różne i odbiegające od siebie rodzaje), nie zawsze byłam tak określona, jak teraz. Nagle zaczęłam być zapraszana do klubów – poznałam całkiem inne towarzystwo, wszystko zrobiło się inne. Chcąc nie chcąc, swój trochę skłotowy, undergroundowy światek odwiedzałam już tylko na imprezach organizowanych przez znajomych z początków zabawy z muzyką.

 

Pamiętam, że bardzo wkręciłam się w ekipę nieistniejącego już klubu Kółko i Krzyżyk. Pozwalali mi robić swoje imprezy, zapraszali na supporty, closingi (to ostatnie najczęściej, bo grałam najmocniej). Wydaje mi się, że to wynikało bardziej z sympatii do mnie, niż z muzyki którą grałam – ok, ściągałam często ludzi którzy lubią mocne dźwięki, ale nie pasowałam do tych line-upów. Ciągnęłam to do 2016 roku, kiedy odkryłam klimacik, który dzisiaj gram. Dosłownie w ostatnią sobotę sprzątałam swój stary dysk i odkryłam foldery z pomieszanym Jeffem Millsem z Dave the Drummerem, obok drumcodowy Adam Beyer z DVS1, po prostu klasyki zupełnie różnych klimatów. Z perspektywy czasu strasznie śmiać mi się chcę z tego miszmaszu.

 

Poznanie Rrapha, który jest moim partnerem, też mnie trochę ukierunkowało, ten człowiek to największa moja inspiracja i motywacja. Pierwszy raz usłyszałam jego live na imprezie w Kółko i Krzyżyk, gdzie grał z Rebekah. Rafał akurat wrócił do Polski i często bywał w tym klubie, zaczęliśmy się spotykać się i gadaliśmy o muzie godzinami. Dzieliliśmy się klasykami z kierunków Londyn/Berlin/Detroit. Muzycznie połączył nas mój folder “Berlin pitu pitu” – mimo, że z nazwy może się wydawać, że to był to jakiś słaby, prześmiewczy folder, to właśnie tam chowałam całą hipnotyczna muzykę. Całkiem co innego, niż to, co zazwyczaj grałam w klubach, w tamtym czasie numery 125-130 bpm to był dla mnie niemalże ambient. Tam miałam Acronyma, Subjected i innych kocurków. Rafał pokazał mi kilka fajnych projektów takich jak Dyad, dzielił się ze mną również swoimi numerami. Jeśli chodzi o techno, chyba nabrałam większej wrażliwości przy Rafale na tę muzykę… i bardzo zwolniłam. 

 

Domowa sesja B2B z Rraphem,  Fot.Yaos

 

Krótko po tym jak się poznaliśmy pojechaliśmy do Berlina, gdzie pierwszy raz odwiedziłam Tresor. Chwilę później przeprowadzka do Londynu, odwiedziny Corsica Studios i Jaded, które zmieniło mnie na amen – a właściwie to konkretnie Stephanie Sykes, którą wtedy poznałam. 3 godziny totalnej hipnozy, set zagrany w punkt technicznie i muzycznie, jak słyszałaś te opowieści o strzałach amora, to ja właśnie taki strzał dostałam wtedy od Stephanie. Pamiętam, jak wszyscy podchodzili do mnie i pytali czemu nie tańczę i czy dobrze się czuję, a ja po prostu byłam w jakimś innym świecie. Po tej imprezie już nic nie było dla mnie takie samo, zaczęłam wymagać od siebie bardzo dużo i wiedziałam, że to jest moja droga. Pierwszy gig jako Aetha zagrałam w styczniu na zaproszenie Concept of Thrill. Poznałam tam Piotrka Figla, Milenę Kriegs (teraz Głowacka) czy Actuala (teraz Jaxe), całą fajną śmietankę.

Wracając do meritum, alias powstał w wyniku właśnie takiej ewolucji.

 

Ewolucji – jednak nie przeszłaś stopniowo z grania psytrance’u do grania techno, tylko cały czas funkcjonujesz w obydwu tych światach. Co odnajdujesz w jednym, a co w drugim?

 

Teraz, jesienią 2020, ciężko mi powiedzieć, bo te światy zaczęły się bardzo przenikać. Psytrance zaczyna wplątywać się w lineupy imprez techno, Nina Kraviz zaczyna grać psytrance’y w swoich setach (nawet teraz niektóre kawałki gra dobre), to samo słyszę w różnych streamach. Ale co mi dawały psytrance’y, a co mi dawało techno? Zawsze jak było w moim życiu za dużo psytrance’u, to techno było odskocznią (i tak samo w drugą stronę). 

 

Te światy na początku były dla mnie totalnie różne. W świecie psytrance’owym cały czas istnieje hipisowski klimat. I to dawało mi poczucie wolności, nie bycia ocenianą, chociaż… No ale dobra, dawał mi dużą wolność. A świat techno trochę mnie spiął do tego, żebym była bardziej profesjonalna i żeby nie być aż takim lekkoduchem w graniu. Do tej pory bardziej się zbieram w sobie grając techno, bardziej przykładam się do selekcji i techniki. A psytrance’y są dla mnie mega rozrywką, nie mam w ogóle stresu przed ich graniem, wywołują u mnie nadal takie uczucie lekkości.  W tym momencie psytrance gra w moim życiu znacznie mniejszą rolę i cały czas daje mi poczucie wolności artystycznej. A w techno jeszcze troszeczkę bardziej się spinam, muszę bardziej się przyłożyć do każdego bookingu, bo mam wrażenie, że jest klimat bardziej poważnego podejścia do muzyki. Może też dlatego, że… Czasem mam wrażenie, że dużo się wymaga od kobiet w techno, że ludzie bardzo patrzą im na ręce i dlatego muszę być zawsze przygotowana na 100%.

 

Świat techno jest bardziej profesjonalny. Świat psytrance’owy trochę mniej, może przez to, że jest związany z hipisowskimi rozkminami. Na przykład nigdy nie przywiązywało się wagi do tego, z czego grasz. Nigdy nie rozmawiało się o riderze przed graniem, tylko w dniu wydarzenia dostawałaś informację „to i to jest”. Długo nie było CDJów Nexus, tylko nieliczne imprezy miały jakiś naprawdę spoko sprzęt, a tak to musiałaś sobie radzić, wypalać płytki, czy wozić muzę na kilku nośnikach. Dla porównania – na moim pierwszym techno bookingu było oczywiste, że gra się z pendrive’ów, a ja przyjechałam z wypalonymi płytkami i niedziałającym pendrivem. Nigdy też nie rozmawiałam o pieniądzach w psytrance’ie, a w techno już przy bookowaniu ktoś się mnie pytał, ile chcę, albo ile może mi dać, co bardzo mnie krępowało. Kiedy zaczynałam w świecie psytrance’owym, o tym się po prostu nie mówiło. Nigdy też nie było czegoś takiego jak hostowanie. Często spałam na dworcach, myłam się w publicznych toaletach, nikt nie zapraszał mnie na kolacje, obiadki i tak dalej – dawali mi tylko time table, „o tej i o tej grasz” i tyle, „wypal płytki”. Teraz to wszystko się zmienia, bo scena psytrance’owa poszła do przodu, wydaje mi się, że też trochę podpatruje od sceny techno, gdzie… No większe możliwości są. Tam zawsze to było bardziej poukładane. Słucham czasem jak DJe narzekają, bo hotel dwugwiazdkowy, a nie trzygwiazdkowy, a ja sobie myślę „ale się cieszę że w ogóle mam gdzie nogi rozprostować”. No całkiem inny świat. Więc psytrance mi się kojarzy bardziej z taką zabawą, a w techno nie tylko realizuję się artystycznie, ale muszę też być profesjonalistką. 

 

Ale tak jak mówię, mamy 2020, to są już bardzo podobne światy, idzie to w bardziej zorganizowanym kierunku, także na scenie psytrance’owej.

 

Poranne spotkanko podczas Instytut Festival: Aetha, Stephanie Sykes, Dasha Rush, Kangding Ray, Piotr Ho

 

Przechodząc powoli do spraw technicznych: wspomniałaś o różnych standardach sprzętowych i podejściu do riderów na imprezach techno i psytrance’owych (przynajmniej kiedyś). Zwracasz uwagę na to, na czym będziesz grała na imprezie, masz jakieś swoje preferencje sprzętowe?

 

Tak, uwielbiam mikesry Pioneera. Teraz jest bardzo duża moda na Xone’a – dla mnie jest ok, ale trochę bardziej mnie stresuje granie z niego, może dlatego że nie mam z nim aż takiego doświadczenia. No ale kurczę, zaczynałam od takiego sprzętu że teraz trudno mnie zaskoczyć. Może jeżeli ktoś powie że nie będą zlinkowane CDki, a ja przyjdę z jednym pendrivem, albo przyjdę z płytami i się okaże że nie ma na nie wejścia. Takie rzeczy mogą mnie zaskoczyć, ale raczej jakiś standard jest utrzymywany w klubach i on jest ok, nie ma co narzekać. 

 

Z tego co wiem, zawsze korzystasz z CDJów?

 

Tak, zawsze CDki.

 

Nadal korzystasz czasem z płyt CD?

 

Nie, w tym momencie nie. A propos takiej roli kuratora, porozdawałam wszystkie płytki ludziom którzy uczyli się grać i już ich nie odbierałam. Już się przerzuciłam na USB, to jest wygodniejsze, chociaż bardzo długo nie ufałam temu nośnikowi. Chyba przez to, że jak pierwszy raz z nich grałam, to nie sformatowałam sobie pendrive’a i go nie czytało, pamiętam że Figiel mnie zastępował przez pierwsze 15 minut, a ja w tym czasie robiłam formatowanie i zgrywałam… Dopiero później, jak się dowiedziałam więcej o technicznych rzeczach, że trzeba coś na komputerze ogarnąć, przygotować odpowiednio pendrive’a, to się wkręciłam – a wcześniej bardzo długo jeździłam z płytami, wszystko miałam przygotowane i wypalone. 

 

Jeśli chodzi o samą technikę miksowania, jakie widzisz różnice między graniem techno i psytrance’u?

 

Hm, widzisz, teraz wszystko się zmienia. Teraz w techno jest fala rave’owa, ale jak zaczynałam grać, to wszystko było hipnotyczne i trzeba było utrzymywać płynny miks. W trance’ach frazy muszą się zgadzać, jak wejdziesz w połowie frazy, to totalnie spieprzysz miks (i co za tym idzie – vibe na parkiecie). W techno często wchodzę w połowie albo w 3/4 frazy – wszystko się zgadza w takcie, ale frazami się bawię. W trance’ach nie ma czegoś takiego, jestem takim trochę żołnierzem, to musi być w tym momencie i koniec, bo tak są tracki zbudowane. 

 

Nie ma imprezy techno, żeby ktoś nie podszedł i nie powiedział mi „słychać że grasz trance’y”. I nie ma takiej trance’owej imprezy, gdzie ktoś by nie powiedział, że tak technicznie zagrałam. Nie wiem, chyba jest w takim razie coś charakterystycznego w moim miksowaniu, jakoś łączą się te nurty. W techno nikt mi tego nie powiedział, ale w trance’ach słyszałam, że jestem bardzo odważna w miksowaniu. Dlaczego – nie mam pojęcia, bo wydaje mi się, że gram bardzo prosto, nie używam żadnych loopów czy innych tricków. Mam taką zasadę, że jak numery zostały stworzone, tak powinny zostać zmiksowane. Może to kwestia lekcji z Molem na tych winylach, gdzie wspomniałam, że brakuje mi możliwości zaloopowania, a on „nigdy w życiu nie loopuj, to tylko lamusy loopują!”.

 

I co, i nie loopujesz do tej pory?

 

Nie, nie loopuję. Ale to nie dlatego, że tak sobie zapamiętałam i tak gram, ale dlatego, że mam szacunek do tego, jak utwory zostały stworzone. One i tak są zbudowane prosto i są długie, po 5 czy 7 minut – no to masz czas, żeby to zmiksować i żeby sobie leciały po 3 minuty razem. Teraz gram często z 3 CDJów, więc jeszcze bardziej się bawię. Ale nie ma czegoś takiego, że na jednym CDku coś zaloopuję, a z 2 pozostałych gram, tylko 3 CDJe jadą razem – jak będzie skucha, to będzie trzeba się ratować. Więc nie używam tych loopów, chociaż wiem, że one często mogłyby mi pomóc, no bo mój sposób miksowania to jest jednak trochę zamota. Granie całych numerów to czasem niezły element zaskoczenia, nie tylko dla słuchacza. 

 

Często łatwiej coś pokazać, niż o tym opowiadać. W ogóle trochę nie lubię mówić o muzyce, wolę jej słuchać. Wiesz, muzyka jest po prostu do słuchania.

 

Impreza DJland, Szpitalna 1 w Krakowie

 

Chciałam jeszcze nawiązać do czegoś, o czym ostatnio rozmawiałyśmy. Grasz więcej z słuchawek? Z odsłuchu? Jakie jest Twoje podejście?

 

Przez lata nie ściągnęłam nawet jednej słuchawki (no chyba że chciałam zobaczyć, jaka jest reakcja na parkiecie). Nauczyłam się miksować w słuchawkach – wszyscy się dziwili, że jak to, że muszę mieć tam niezły burdel w głowie i jak to w ogóle rozkminiam. Ale bardzo dobrze mi się w nich grało. Wracając do tematu poprawy jakości sprzętu w klubach: wydaje mi się, że teraz nagłośnienie jest lepsze, gram też w miejscach, które przywiązują wagę do spraw technicznych.

 

Zauważyłam, że odkąd zaczęłam grać na 3 CDJach, to jednak coraz częściej gram na jedno ucho. Nie jestem jakąś fanatyczką, nie uważam, że tak trzeba, że to jest bardziej pro. Uważam, że to ładnie wygląda, że jest to w niektórych przypadkach (jeżeli jest dobry odsłuch) praktyczne, ale bez żadnego ciśnienia. Jeżeli trzeba grać w słuchawkach, to w słuchawkach, jeżeli trzeba, to na jedno ucho. Kiedy wydaje mi się, że coś mi może gdzieś uciekać, to zakładam słuchawki, bo wydaje mi się, że lepiej wtedy słychać. Jestem też już trochę przygłucha i niektóre dźwięki mnie omijają, sprawdzam sobie rzeczy na słuchawkach dociskając je do uszu. 

 

Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, jak się nauczyłaś grać. Jeżeli lepiej Ci idzie w dwóch słuchawkach, to choćby 10 osób powiedziało Ci „graj na jedną słuchawkę, tak będzie lepiej”, to nie. Graj tak jak czujesz, że jest Ci najlepiej. Bardzo dużo osób mnie poprawiało i mówiło, żebym grała na jedną słuchawkę, czego absolutnie nie kumam. To jest dla mnie też zagadka trochę – dlaczego winylowcy grają z jednej słuchawki częściej, niż osoby grające digitalowo.

 

Zanim przyjdziesz zagrać do klubu – jak wyglądają Twoje przygotowania?

 

Zazwyczaj czekam z selekcją do ostatniego momentu – kształt seta jest zawsze ustalany dosłownie w dzień imprezy (w pociągu, w hotelu albo siedząc w domu i rozkmniając, co czuję), bardzo rzadko wcześniej. Zawsze przed imprezą robię sobie folder – jeśli wiem na przykład, że gram w prime time’ie oraz kto gra przede mną i po mnie, od razu wiem, na co mogę sobie pozwolić, czy mogę od razu walnąć z grubej rury, czy nie. Zawsze mam też foldery z poprzednich imprez z ostatniego roku czy miesięcy, dzięki czemu łatwiej mi coś znaleźć (na przykład po closingu w 999: „999 acid”, „999 elektro”, „999 rozpierdol”, „999 hipnotyczne” i tak dalej). Mam dziesiątki takich folderów na pendrive’ach i jakoś sobie radzę. Więc zawsze jest zarys, nowa selekcja, ale nigdy nie ograniczam się tylko do tego, co wybrałam. Uwielbiam patrzeć na ludzi, uwielbiam czuć się częścią nich, patrzyć na ich reakcje i dostosowywać się do nich.

 

Pół godziny przed setem uwielbiam być sama, nienawidzę rozmawiać i często chowam się pod DJką, żeby nikt do mnie nic nie powiedział. Bo takie teksty typu „dajesz!”, „rozpierdol to!”, „przyspiesz” albo „o, trudno Ci będzie teraz wejść” po kimś – to bardziej stresuje, niż pomaga. Lubię wiedzieć, kto co wcześniej gra, ale lubię też pobyć chwilę sama ze sobą i zebrać myśli.

 

Więc tak wygląda mój proces: czekam do ostatniej chwili, patrzę na ludzi, oceniam sytuację i po prostu idę z prądem. Zawsze jest to improwizowany set, nie układam sobie kawałków, nie przygotowuję jakiejś kolejności czy coś. Próbowałam to zrobić setki razy i wiem, że to po prostu nie wychodzi. W momencie, w którym robisz selekcję czy układasz seta, masz całkiem inną świadomość. Wszystko się dzieje potem na parkiecie, selekcja musi „przejść przez bramkę klubu”, żeby miała sens. Podeszłam do sprawy inaczej tylko kiedy grałam w Tresorze, dużo się przygotowywałam noc przed graniem. Ułożyłam sobie pierwsze 20 numerów, bo bałam się, że nie poradzę sobie ze stresem. Ale nie skorzystałam z tego. Zagrałam chyba pierwszych 7 numerów, a potem już musiałam iść po swoje.

 

Pozostając w temacie przygotowywania się do setów – pamiętam że w zeszłym roku grałaś hybrid set z TAKĄ. Jak to wyglądało w tym przypadku?

 

Pierwszy hybrid zagrałyśmy kiedyś w Prozaku. To było bardzo spontaniczne, bardzo długo się nie widziałyśmy (a bardzo się prywatnie lubimy), miałyśmy super vibe tej nocy. Kiedy skończyła grać, odwróciła się do mnie i mówi:

– Ej, gramy razem?

– No ale jak?

– No normalnie: Ty zaczniesz grać, zobaczę sobie Twoje tempo i będę się dogrywać.

– Dobra.

To też był jakiś ciężki dla mnie okres, pamiętam, że byłam życiowo mega zdołowana, trochę obrażona na muzykę, nie mogłam nic w niej dla siebie znaleźć, taka przejściowa niemoc. Kiedy zaczęłam grać mocniejsze rzeczy, TAKA zaczęła się dogrywać i poczułam coś, czego bardzo mi brakowało. Była niesamowita energia. 

 

Kiedy organizatorka z Instytutu do mnie zadzwoniła, żeby zabookować mnie na cykl „Techno jest Kobietą” w kinie Luna, zapytała, z kim chciałabym grać B2B. Wymieniłam parę nazwisk, okazało się, że 2 z nich już grają razem B2B na tej samej imprezie. Więc opowiedziałam o epizodzie z TAKĄ: wprawdzie to trwało 20 minut, ale było super, więc może spróbujemy zagrać taką hybrydę. TAKA się zgodziła, wszystko fajnie, później prawie w ogóle nie gadałyśmy o tym. Tylko się zdzwoniłyśmy, że tak, gramy, „prześlesz mi jakieś numery, ja sobie dorobię jakieś loopy i będzie spoko” – do tego w ogóle nie doszło, spotkałyśmy się w dniu imprezy na soundchecku, gdzie nie szło nam absolutnie nic. Byłam mega zestresowana, pusta sala, więc też nie słyszałyśmy tego tak, jak to powinno brzmieć. Coś tam Asia wcisnęłą nie tak, cały czas było wszystko poza rytmem, ja nie słyszałam dobrze sygnału z CDJów, no masakra była. Pod sam koniec soundchecku TAKA coś pozmieniała i nagle było OK, to mnie trochę podbudowało. Później spotkałyśmy się 15 minut przed setem, stanęłyśmy na scenie no i poszło. Koniec końców było świetnie, grało nam się super, utrzymałyśmy ludzi na parkiecie. Znowu był ten fajny, koleżeński vibe – to też jest dla mnie mega istotne, żeby czuć jakąś chemię z osobą, z którą gram. Szczerze mówiąc nie wierzyłam, że było dobrze, dopóki nie zobaczyłam filmików w dobrej jakości, gdzie naprawdę to brzmiało fajnie. Ale powiem Ci, że w życiu nie czułam takiego stresu i takiego skupienia jak podczas tego występu.

 

Hybrid set z TAKA, Panie proszą panów , Kino Luna

 

Czyli grałaś regularnego DJ seta, a na to TAKA dogrywała jakieś elementy?

 

O, nie nazwałabym tego regularnym setem, bo to było bardzo trudne. Pomijając fakt samej odpowiedzialności (było bardzo dużo osób, super miejscówka, ekipa Instytutu, którą bardzo szanuję i uwielbiam), technicznie to było najtrudniejsze doświadczenie w moim życiu. Ja grałam tak jakby DJ seta, TAKA się do mnie dogrywała (ale nie byłyśmy w żaden sposób zsyncowane, wszystko na uszy), dźwięk z jej analogów był całkiem inny niż w moich numerach, inne tonacje… Pamiętam, że tak po pół godziny odwróciłyśmy się do siebie po jakimś fajnym momencie, TAKA wystawiła do mnie rękę żeby przybić piątkę i wtedy zeszło ze mnie takie okropne ciśnienie, trochę wyluzowałam. Ale powiem Ci, że to było cholernie trudne do zgrania. Dwa różne światy techniczne, dwie wizje artystyczne, ciągłe pilnowanie żeby nie wypaść z rytmu – byłam cała zlana potem, a jak zeszły ze mnie nerwy, to cała się telepałam.

 

Super, że podjęłyście takie wyzwanie!

 

No… Asia mnie bardzo uspokajała: „Czym ty się w ogóle denerwujesz? Kochasz to? No to przecież po to tu jesteśmy żeby kochać muzykę i ją celebrować”. No to ok! Bardzo się stresowałam, bo czułam nieprzygotowanie w tym wszystkim. Ale się okazało, że było dobrze. Bardzo miło to wspominam, to była dobra impreza.

 

Jakie inne występy wyjątkowo zapadły Ci w pamięć?

 

Tak naprawdę pamiętam każde moje granie, ale jest kilka momentów w mojej drodze DJskiej, których na pewno nie zapomnę. Występ ze Stephanie Sykes, która była moją największą inspiracją ever, występ w Tresorze i występ na Instytucie z Rafałem. Oczywiście było jeszcze wiele fajnych back-to-backów, chociażby z Melanią czy Anją Kraft. Dużo było takich śmiesznych momentów w moim życiu, ale powiem Ci, że najbardziej to właśnie lubię grać z osobami, które po prostu prywatnie są mi bliskie – a wszystkie wyżej wymienione jak najbardziej są. 


Btw, przed Instytutem 3 dni nie jadłam!

 

Czemu akurat to wydarzenie tak Cię zestresowało?

 

To był mój pierwszy festiwal, zaproszenie na wydarzenie Instytutu… ciary. Początkowo miałam grać na ambientowej scenie, później dostałam telefon, że chcą mnie i Rafała na B2B. Abstrahując od tego, że jesteśmy razem, to ja tą postać naprawdę szanuję – Rafał jest na scenie od tylu lat, ma wielki dorobek producencki. Czułam tak trochę… wiesz, że może on powinien sam zagrać, a ja sobie na tej ambientowej zagram. Ale chcieli nas razem i to był dla mnie mega zaszczyt, czułam na sobie odpowiedzialność i presję, żeby nie było gadane, że jestem na doczepkę.

 

I jak to wyszło ostatecznie?

 

Wszystkie recenzje jakie przeczytałam po Instytucie wspominały nasz występ jako jeden z fajniejszych setów. Wydaje mi się, że było dobrze. Do tej pory mam na pendrive’ach wszystkie foldery z jakich graliśmy – już mi się te numery przejadły totalnie, ale mam mega sentyment do tego występu. Pamiętam, jak moja mama mnie zobaczyła, jak przyjechaliśmy po psa, którego zostawiliśmy u niej. Byłam cała blada – mówiła, że w życiu mnie takiej nie widziała. Nie wiem, wydaje mi się, że to była kwestia tej marki Instytutu, pierwszego poważnego wspólnego bookingu z Rafałem. Wiesz, może wydaję się bardzo pewną siebie osobą, taką „hura bura, co to nie ja”, a jestem bardzo niepewna, zawsze się stresuję. Tak bym chciała żeby ludzie dobrze się bawili do tej mojej wizji… Więc bardzo się spinam. No a w takich okolicznościach to był stres nie na moją miarę. Ale koniec końców było fajnie i chyba dobrze to wyszło.

 

B2B z Rraphem na festiwalu Instytut, fot. Jutro Rano

 

Cieszę się, że mieliście taką okazję! Chciałam też zapytać o kryzysy, o których wcześniej wspominałaś. Co robisz, kiedy takie momenty przychodzą?

 

Miałam bardzo dużo kryzysowych momentów, zarówno w techno jak i w psytrance. Wiesz co, przestaję wtedy słuchać tej muzyki co zwykle, zaczynam szukać czegoś całkowicie innego. Przez lockdown słuchałam tyle elektro – jak nie ja! Nie chciałam myśleć o tym, co mnie omija przez to co się dzieje na świecie. Koniec końców te miesiące bez techno rozwinęły moją znajomość innych gatunków, więc nie czuję tego jako zmarnowanego czasu, wręcz przeciwnie – czas lockdownu był dla mnie dość twórczy.

 

Jeśli chodzi o kryzysy ogólnie, to następują u mnie raz na jakiś czas, gdy jest czegoś za dużo. Zmęczenie też ma na to ogromny wpływ – muzyka nigdy nie była dla mnie jedyną formą utrzymania, normalnie pracuję, zazwyczaj na dwa etaty i branżach, gdzie ten telefon dzwoni niemal całą dobę.  Zdarza się, że przez długie miesiące nie mam żadnego wolnego weekendu, Bywało, że i na wakacjach nie byłam kilka lat.  Więc często przychodzą do mnie krytyczne momenty, objawy fizycznego wyczerpania. Obwiniam podświadomie nie tylko swój pracoholizm, przy okazji dostaje się także muzyce. Wtedy właśnie odrywam się od niej, żeby móc za nią zatęsknić, żeby móc później rozpalić ten ogień. Ale wiesz, to nie jest takie łatwe. Miłość w ogóle nie jest łatwa!

 

Często apatia jest spowodowana sytuacją na scenie. Nie oszukujmy się, ten światek już nie polega tylko na muzyce, ogromną rolę odgrywają teraz social media czy po prostu umiejętność sprzedawania siebie. Ja tego nie chcę robić, uważam że muzyka powinna się bronić… Wkurza i dołuje mnie wiele rzeczy. Nie rozumiem niektórych zachowań ludzi ze sceny i często za mocno wkręcam się w rozkminianie tego, przejmuje się i nakręcam. To też nie jest zdrowe i pracuję nad tym, by po prostu to olać. Jak ktoś mnie wkurza – „unfollow”. Nie obserwuję, nie wchodzę na profile, jak ktoś mi coś podsyła – nie chcę, olewam. Odrzucam rzeczy które mnie denerwują albo zniechęcają do tego wszystkiego. 

 

Uwielbiam patrzeć na ludzi, którzy dopiero zaczynają grać. Dopóki grają na swoim podwórku i interesują się tylko i wyłącznie muzyką. 

 

Właśnie, a propos początkujących DJek i DJów, stałaś za open deckami na Szpitalnej 1. Opowiesz o tym doświadczeniu z Twojej perspektywy?

 

Z open deckami jestem związana od lat, organizowałam je w moim rodzinnym mieście – Lublinie, cieszyły się dużym powodzeniem. Uwielbiam wspierać początkujące osoby, przekazywać im swoją pasję. Jeśli widzę w czyichś oczach zajawkę, widzę że to idzie w fajnym kierunku i coś będzie z tej osoby, to naprawdę lubię pomagać. Miesiącami nie widziałam moich CDJów w domu, płyty rozdawałam, oddawałam je młodziakom do nauki grania. Kochasz muzykę, chcesz grać – jedziesz dalej, mogę Ci pomóc we wszystkim. Ale zdarza się też, że ktoś zaczyna od tego, że chce rzucić pracę i zamiast tego grać – wtedy nie chcę do przykładać ręki ani do prowadzenia, ani do promocji takiej osoby, bo to jest zły tryb.

 

Open decki na Szpitalnej już istniały, kiedy tam przyszłam. Kiedy zaczęłam się nimi zajmować, włożyłam w nie dużo pracy i pomysłów, dodałam wiele od siebie, przykładałam się do do słuchania nadesłanych setów i doboru line-upów. Często słyszałam, że technicznie jest słabo, ale selekcja jest nieziemska, więc zapraszałam, żeby ktoś miał okazję pograć na klubowym sprzęcie. Organizowałam warsztaty, tłumaczyłam co i jak, zapraszałam różne postaci ze sceny, żeby zajawkowicze mogli się spotkać z ludźmi, których podziwiają. Na przykład warsztaty winylowe z Olivią – widziałam z jaką pasją patrzą na tę Olivię, jak się jarają, podpytują – dla mnie to jest super. Bardzo chętnie bym wróciła do tego. 

 

Niedawna sytuacja: grałam w Transformatorze, siedzimy na kolacji z całą ekipą, która będzie grać, podchodzi do mnie para i mówią „ej, graliśmy na open deckach na Szpitalnej, na które nas zaprosiłaś, przyjechaliśmy specjalnie stąd i stąd, żeby zagrać, jesteśmy Ci mega wdzięczni, bo to nam dużo otworzyło”. Kurde, super, zajawiłam jakieś osoby, dałam im szansę, a teraz gramy razem w line-upie, mega się cieszę.

 

Bardzo lubię temat open decków, bo wiesz… o secie ludzie mogą zapomnieć, może fajnie się bawili, może na chwilę się oderwali. Ale jeżeli ktoś dzieli się z Tobą miłością i pasją, pomaga Ci, daje jakąś możliwość, to myślę, że to będzie niezapomniany moment. Często zapraszałam osoby wyłapane na open deckach na większe imprezy, żeby mogły rozgrzać prawdziwy parkiet, na Voidach. Zagrać na takim nagłośnieniu po dwóch miesiącach grania – wydaje mi się, że to jest super opcja, ja bym się mega jarała. Dla mnie to była bardzo osobista sprawa, dałam z siebie bardzo dużo, świetnie to wspominam.

 

Na początku rozmowy wspominałaś o tym, że współtworzyłaś różne kolektywy, od początku angażowałaś się w organizację wydarzeń. Co odnajdujesz w aktywności organizacyjnej i jak to wpływa na Twoje granie?

 

Organizacja eventów daje mi możliwość dzielenia się wizją tego, co kocham. Każda impreza jest takim małym światem, którym się dzielę. Stronię od kolektywów – jeśli jestem w jakiejś grupie i widzę, że część osób zmierza w kierunku, który mi się nie podoba, to nawet będąc dorosłą osobą buntuję się jak dziecko. Dlatego staram się działać z osobami, które ze mną współgrają, są dla mnie w jakiś sposób bliskie. Zawsze musi być też szczerość w tym wszystkim.

 

Wpuszczając ludzi na moją imprezę, wpuszczam ich tak jakby do swojego świata. Traktuję ich jak gości w swoim domu, opiekuję się nimi, chcę żeby byli bezpieczni i dobrze się bawili, poznali coś nowego, nie wyszli z niesmakiem. To mi daje satysfakcję, że potrafię coś stworzyć.

 

To chyba tyle… Nie wiem, ciężkie pytania tak naprawdę zadajesz, są niby proste, ale trudno mi to opisać. Bardzo uczuciowo podchodzę do wielu rzeczy, przed każdą imprezową jestem bardzo zestresowana, podchodzę do wszystkich, patrzę, czy dobrze się czują, za Djką i na parkiecie, z każdym próbuję zagadać, jakoś tak nie wiem… obdarzyć opieką? Traktuję to mega osobiście. Nigdy, ale to nigdy nie stawiałam na to, żeby zarobić na jakiejś imprezie (bo to jest niemożliwe na takich imprezach, fajnie jest wyjść na zero, wiadomo). Dla mnie liczy się poczucie, że zapraszam kogoś do siebie. Jak przychodzą goście do domu, to raczej nie zastanawiasz się, czy coś przyniosą i czy będziesz miała jakieś fanty w domu, tylko bardziej czy później podziękują Ci za miło spędzony wieczór. Tak bym to porównała. 

 

Dziękuję Ci za rozmowę!

 

Dzięki.