BAKBLIVV

Warsztaty wprowadzające w obsługę Blendera, Remedy Culture Club, Kraków (2020). Fot. Anna Skrzypczyk

 

Gościem piątego wydania serii rozmów i podcastów muzycznych Background Process jest Ernest Borkowski (on/jego) i jego wymykająca się z ram gatunkowych działalność jako Bakblivv, w ramach której łączy eksperyment dźwiękowy, sety DJskie, VJskie oraz występy live. Ernest jest też członkiem audiowizualnego kolektywu PROGREFONIK, zaś produkcyjnie jest związany z krakowskim labelem Nawia. Swoją twórczość muzyczną prezentował m.in. na festiwalu Avant Art w Warszawie i podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie.

W swoich setach miesza ze sobą wiele środowisk dźwiękowych, szukając dla nich wspólnego języka w tańcu. Popowe wokale przeplatają się z muzyką ballroomową, a reggaeton nadaje rytm postklubowym fantazjom i spotyka się z brzmieniami basowymi, czego próbkę można usłyszeć w soczystym miksie nagranym przez niego dla Background Process.

 

 

Poza sztuką dźwiękową, ​​Ernest zajmuje się także grafiką 3D, filmem eksperymentalnym, VR’em i performansem. Wykorzystując te media, eksploruje relacje między naturokulturą a technologią, badając przy tym systemowe praktyki wykluczania mniejszości i poszukując możliwości queerowania podmiotu. Swoje umiejętności szlifował na Wydziale Intermediów ASP w Krakowie, a swoje prace prezentował m.in. na festiwalu Młode Wilki w Szczecinie, przeglądzie VideoNews w Galerii Labirynt w Lublinie, podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, Cracow Gallery Weekend Krakers, festiwalu Nadmiar #4 Rewizja czy na Poznań Design Festival.

Zapraszam do lektury zapisu naszej rozmowy, najlepiej połączonej z odsłuchem poruszającego i porywającego do tańca miksu.

 

Set b2b z madikoptah podczas Porsche SCOPES Warszawa: “KAPITAŁ OF CAPITAL” RADIO KAPITAŁ w Komunie Warszawa (2021), fot. Helena Majewska

 

Zazwyczaj zaczynam rozmowę od pytania o DJskie początki, ale realizujesz się w tak wielu kreatywnych dziedzinach, że zapytam o Twoje początki z szeroko pojętą sztuką i ekspresją. Od czego zacząłeś i jak doszedłeś do muzyki?

 

Ciężko mi wskazać moment, w którym stwierdziłem, że chciałbym robić sztukę. Byłem w liceum plastycznym, ale poszedłem do niego bez żadnej świadomości. Ładnie rysowałem, słyszałem, że jest cool i że można mieszkać w internacie – a jak dużo osób w tym wieku, chciałem się wyprowadzić od rodziców 😉

Pamiętam jeden przełomowy moment z tamtego okresu: zgłoszenie swojego filmu na open call i wyjazd na festiwal filmu eksperymentalnego „Młode Wilki” w połowie liceum. Poznałem wtedy ludzi z Akademii Sztuki w Szczecinie i dużo osób, które były już na studiach lub funkcjonowały już wtedy w obiegu sztuki. Zafascynowali mnie swoją otwartością, to było dla mnie istotne w tamtym momencie. Zacząłem dużo bardziej świadomie myśleć o sztuce i o tym, że to może być mój kierunek. Po liceum przeprowadziłem się do Krakowa i poszedłem na Intermedia.

Zainteresowanie muzyką pojawiło się naturalnie. Mam taki charakter, że łapię się za wszystko: animacja, malarstwo, performans, wideo… na muzykę też musiał przyjść czas (jak byłem mały to marzyłem o byciu piosenkarzem!). Zacząłem coś robić jeszcze w liceum, ale to było bardziej testowanie, zabawa i szukanie własnego gruntu.

 

Produkcyjnie? Czy DJsko?

 

Produkcyjnie, o DJingu wtedy nie było jeszcze mowy. Poznałem Adama Kovalcsika, założyciela labelu Nawia, który posłuchał moich pierwszych rzeczy i zaproponował, że możemy coś wydać. Wtedy po raz pierwszy na serio podszedłem do tworzenia muzyki i zacząłem pracę nad materiałem.

W międzyczasie Ada Szadzińska, moja dobra przyjaciółka, zaproponowała, żebym zagrał na jej wernisażu. Nie wiedziałem wtedy kompletnie nic o układaniu setów, ale Adam zaczął mnie uczyć i pokazywać, co do czego. To było moje pierwsze zetknięcie z CDJami, bardzo dobrze to wspominam! Na tym wernisażu było kilka osób, grałem ambientowo, ale to, że jesteś za DJką i z czyichś kawałków robisz jakąś ciągłość, która się wydarza i rozmawiasz z odbiorcą w przestrzeni wystawy… Coś kliknęło. I takie były moje DJskie początki: „OK, mogę nauczyć się grać na ten wernisaż” – tak nagle, bo dlaczego nie! Później zaczęła mnie fascynować wymiana energii na parkiecie, to, że swoją osobą i swoją selekcją wprawiasz ludzi w ruch, ta wymiana! Zacząłem w to iść.

 

Jaki obecnie utrzymujesz balans pomiędzy produkcją, DJingiem, a sztukami wizualnymi?

 

Tego balansu nie ma. Pracuję zazwyczaj bardzo impulsywnie – jak czuję, że mam ochotę zrobić muzykę, to robię muzykę, mimo że mam coś bardziej istotnego do zrobienia. Jak czuję, że chcę zrobić coś innego, to robię coś innego. Jestem w momencie szukania tego balansu. Na pewno chciałbym bardziej się skupić na muzyce i graniu, zwłaszcza live actów.

Te różne aktywności zawsze się przeplatają, choćby tematycznie. Cały czas krążę wokół tego, co mnie fascynuje, niezależnie od medium (obecnie są to wątki feminizmu międzygatunkowego); muzyka, którą wydaję, jest bardzo spójna z tym, co robię wizualnie. Wychodzę z założenia, że wszystko funkcjonuje wspólnie, w podobnym, horyzontalnym obszarze. To, co wyciągnę z książki, wzbudzi we mnie jakiś dźwięk, później myślę o tym w kontekście wizualności. Rzadko myślę najpierw o formie, ona zwykle przychodzi później.

 

Dokumentacja performansu “Who run the world” podczas wydarzenia The Day of typiara from blok in PL w krakowskiej Galerii Jak Zapomnieć (2020), fot. Arek Dec

 

Dobrym przykładem tego jest moja praca dyplomowa, której klamrą był koncept tożsamości, gdzie wszystko spotkało się w jednym miejscu. Był performance, który zrobiłem z Szymonem Turem, album dźwiękowy, VR-owa przestrzeń, obiekty w rzeczywistości. Na początku nie planowałem stworzenia albumu muzycznego, pomysł powstał w trakcie prac. To chyba dobrze obrazuje, w jaki sposób najlepiej mi się pracuje.

 

Chciałam zapytać o Twoją ostatnią EPkę “identity cartographies”, ale w tym wypadku zapytam o cały projekt dyplomowy, którego jest częścią. Skąd czerpałeś inspirację i w jaką stronę potoczyła się realizacja?

 

Punktem wyjściowym dla całego projektu EPki było intersekcjonalne spojrzenie na feminizm, wychodziłem z filozofii nowego materializmu feministycznego (m.in. „mattering matter” Karen Barad, czyli idei materii, która sama w sobie produkuje znaczenie i wpływa na wszystko, co nas otacza). Położyłem nacisk na relacje międzygatunkowe i zastanawianie się nad tym, jak można myśleć o podmiocie nie tylko w ludzkich kategoriach. Jak oddawać głos zwierzętom, roślinom czy nawet naturze nieożywionej? Jak można myśleć podmiotowo o całym świecie?

Na początku wiedziałem, że będzie VR, żeby odbiorca czy odbiorczyni mogła wcielić się w istotę ośmiornicy w empatyczny, afirmatywny sposób i mogła współprzebywać w środowisku, które wykreowałem. Na potrzeby tego stworzyłem sample dźwiękowe, które miały być wyobrażeniem odgłosów różnych istot i podwodnego ambientu (bo działo się to pod wodą). Powstało dużo odpadków, z których zacząłem robić muzykę z czystej zajawki. Okazało się, że jest spójna z całością, więc na bazie tych sampli zbudowałem strukturę całej EPki. Również tytuły utworów są powiązane z naturokulturą i spekulatywnym wyobrażeniem budowania relacji międzygatunkowych.

 

Dokumentacja performansu Szymona Tura w przestrzeni wystawy dyplomowej Stawanie się. Mechanimizm. Elementarz dla mieszkańców miast, Kraków (2021)

 

Poza spójną tematyką, czy są jakieś elementy estetyczne, których stale poszukujesz, niezależnie od podejmowanego medium? Moje skojarzenia, to specyficzne połączenie organiczności z syntetycznością, zwróciłam też uwagę na jedno słowo z opisu Twojej ostatniej wystawy, czyli mechanimizm. Jestem ciekawa, jak Ty to widzisz.

 

Na pewno istotną osią jest horyzontalne myślenie o kulturze, naturze i technologii, które są ze sobą splecione. Bardzo często przeplatam motywy organiczne z syntetycznymi, bo te rzeczy mogą ze sobą współgrać. Ta dynamika mnie bardzo interesuje i wyraża się w także w technice – na przykład podczas grania live actów mieszam tekstury i tła w organiczny sposób, a element syntetyczny wprowadzam w przestrzeni bassowej. Lubię dodawać niezidentyfikowane, nie dające się sklasyfikować dźwięki do tanecznego bitu i teraz idę właśnie w tym kierunku.

 

Znalazłam też w opisie jednej z Twoich wcześniejszych prac (tym razem video), taki fragment:
“Posługując się montażem i pętlą, stworzył hipnotyzującą panoramę modernistycznego osiedla. Kamera krąży w kółko wśród szczytów bloków. Modernistyczna architektura, jej wielokrotnie powracające na ekranie obrazy oraz czasowy wymiar dzieła tworzą poczucie monotonii, przytłoczenia i jednocześnie dziwnej wzniosłości”.
Zastanawiałam się w kontekście muzyki, którą tworzysz i grasz, gdzie lubisz postawić jakiś złoty środek między powtarzalnością i monotonią, a elementami zaskoczenia czy organiczności.

 

To opis „Hiperpanoramy”, pracy, która powstała tuż przed studiami – czyli wracamy do źródeł. To był też okres mojej fascynacji techno – ciekawe, to jest jakaś klamra. Ta muzyka brzmiała wtedy w mojej głowie i pewnie stąd powtarzalność i rytmika w wideo.

 

Jak to ewoluowało od tamtego czasu? Pięć lat to długa droga.

 

Techno jest istotnym wątkiem w mojej muzyce. Mimo, że nie uważam, aby pięć lat to był jakiś długi czas, wychodząc od techno i przechodząc przez uptempo i klimaty Wixapolu, zacząłem się nudzić, miałem wrażenie, że nie odkrywam niczego nowego. To wynika też z mojej natury – potrzebuję cały czas szukać czegoś nowego, dlatego zmieniam wizualno-dźwiękowe obszary, w których funkcjonuję. Scena wokół techno trochę też nie pasowała mi tożsamościowo, szukałem queerowego pierwiastka i nie do końca mogłem go tam znaleźć.

 

W czym udało Ci się znaleźć queerową energię? I dlaczego techno nie mogło się sprawdzić w tej roli?

 

Istotnym momentem było dla mnie poznanie muzyki Arci. To był moment, w którym całkowicie zmienił się mój pogląd na muzykę. Usłyszałem pierwszy raz coś, czego nie umiałem wtedy nazwać. Zobaczyłem, że jest inne ujście, że da się inaczej i że coś może być nieźle popierdolone, dziwne i rozłożone, a jednocześnie zaskakujące, fascynujące i, co najważniejsze, świeże. Wtedy zacząłem dużo poszukiwać, zafascynowałem się muzyką z PC Music, sceną post-clubową, ballroomową; zauważyłem też polską scenę związana z kulturą queerową. Znalazłem w tym swoją estetykę i zacząłem bardziej się interesować tym obszarem. Nawet sam anturaż: większość eventów deklaruje safe space i jest to jasno zakomunikowane, czego bardzo brakowało mi na scenie techno (co teraz się  mocno zmienia i bardzo się z tego cieszę).

 

Live w ramach festiwalu Avant Art w warszawskim 999 (2019), fot. Andrzej Filipowski

 

Co sprawiało, że tak różnie czułeś się na wydarzeniach związane z tymi gatunkami muzycznymi?

Mówię teraz retrospektywnie – gdy patrzyłem na tą scenę jako odbiorca, jeszcze nie grając. Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, czego oczekujesz od imprezy i czego oczekują inne osoby, które przychodzą, energii. Przez długi czas miałem problem z moją tożsamością, maskowałem samego siebie. Kiedy mieszkałem w Białymstoku, chodziłem do Metra, które zresztą było super klubem, spędzaliśmy tam dużo dobrego czasu. Jednak zauważyłem, że kreowałem się na inną osobę, niż jestem, udawałem, że jestem hetero. To budowało we mnie frustrację, którą w pełni zrozumiałem dopiero kiedy zobaczyłem, że może być inaczej, że można być sobą, że może być jakaś różnorodność na imprezach. Może to nie jest do końca związane z techno, ale akurat wtedy i w takich okolicznościach miałem takie doświadczenia.

 

Chciałbyś się podzielić pomysłami na działania, które mogą podnieść komfort uczestnictwa w imprezach klubowych?

 

Nie czuję się osobą odpowiedzialną za mówienie, jak powinno być, nie jestem w tym tak długo. Ale wydaje mi się, że bardzo dużo zależy od deklaracji samego klubu, to jest pierwszy dobry krok. Pisanie w opisie wydarzeń, że to będzie safe space, że będzie miejsce na zgłaszanie homofobicznych, rasistowskich czy seksistowskich zdarzeń, jest zajebiście ważne. Tak jak mówiłem, to się zmienia i takie podejście pojawia coraz częściej. Po prostu na wydarzeniach związanych z muzyką post-clubową, wywodzącą się z kultury queerowej (techno zresztą też się z niej wywodzi), to było już na porządku dziennym. Bycie sobą było czasem nawet celem imprezy, a nie dodatkiem do niej.

 

The Palace Residency, Gorzanów (2020)

 

A propos środowisk, jeśli chodzi o te, w ramach których tworzysz – jak je odbierasz?

 

Ciężko porównać środowisko artystyczne i klubowe, bo rządzą się zupełnie innymi prawami, dodatkowo to pierwsze jest na tyle duże, że ciężko mi je ująć jako jedno. Mimo, że uczestnictwo w nich często się łączy, szukam w nich innych rzeczy, realizuję inne wartości w relacjach z ludźmi.

W środowisku DJskim bardzo lubię otwartość i ciepło. Mimo tego, że dopiero zaczynałem w Krakowie i nikogo nie znałem (praca w Świętej Krowie bardzo mi pomogła), to czułem, że ludzie byli otwarci. Nie tak dużo jest tych osób DJskich, ale poznawałem ludzi na imprezie, spotykałem ich później na podobnych eventach i poznawaliśmy się bliżej. Czasami osoby nie wiedząc dokładnie, co gram, po przesłuchaniu jednego miksu, proponowały, żebym z nimi zagrał. Później to organicznie szło dalej, jestem za to bardzo wdzięczny!

 

Wracając do przestrzeni klubowej – jak widzisz rolę sztuk wizualnych, performansu czy aranżacji przestrzeni w tworzeniu wydarzeń muzycznych? I czy to są obszary, którymi chciałbyś się zajmować?

 

Zdarzyło mi się kilka razy być na imprezie w roli VJa, poznałem tę perspektywę i wydaje mi się super ciekawa w odniesieniu do grania na scenie. Nie jesteś centralną osobą, na której skupia się publiczność, tylko siedzisz na uboczu, nawigujesz wizualnym aspektem tworzenia przestrzeni i prowadzisz dialog z osobą DJską i publicznością.

Wydaje mi się, że jest teraz duże pole na fuzję sztuk wizualnych z muzyką w przestrzeniach klubowych czy imprezowych. Bardzo fajnym doświadczeniem był festiwal Nadmiar, na którym robiłem wizualizacje do seta hybrydowego Morgiany Hz, czy Lava Festival, na którym 4 lata temu pokazywałem „Hiperpanoramę”. Innym miejscem, gdzie powstała taka kultura, jest Elementarz dla mieszkańców miast, który w założeniu ma integrację środowisk muzycznych i świata sztuki. Bardzo podobają mi się inicjatywy, w których następuje takie spotkanie, chciałbym iść w kierunku mieszania tych dwóch światów. Mają one ze sobą bardzo dużo wspólnego i mogą czerpać od siebie nawzajem.

 

Jak się odnajdujesz w roli DJskiej, live actowej i VJskiej?

 

Występy VJskie są dla mnie czymś w rodzaju ghostwritingu sytuacji w klubie. Były ciekawe i ekscytujące, ale brakowało mi energii, bezpośredniego kontaktu z publicznością, chyba dlatego z nich zrezygnowałem.

Live acty grałem zazwyczaj w sytuacji koncertowej, kiedy ludzie przychodzą posłuchać muzyki i to jest celem samym w sobie. Jest to dość hierarchiczna forma – wychodzisz z konkretną propozycją, nie rozmawiasz z publicznością, tylko do niej mówisz. To mi się wydaje zbliżone do sztuk wizualnych – twórca, komunikat i odbiorca. Doceniam skupienie i realne zaangażowanie publiczności w takich okolicznościach.

W DJingu ta relacja nie jest tak jasno określona (ok, są osoby, które mają fanów, którzy przychodzą konkretnie na seta danej osoby – ale to jest specyficzna sytuacja), muzyka jest raczej otoczeniem wszystkiego, co się wydarza w sytuacji imprezowej. W graniu setów DJskich najbardziej doceniam wymianę i rozmowę z publicznością, zamiast jednostronnego wygłaszania komunikatów, co jest dużo bardziej horyzontalną sytuacją. Decydujesz o tym, jaka jest atmosfera, ale nie podejmujesz wszystkich decyzji sam lub sama, to się często dzieje organicznie.

 

Set b2b z madikoptah podczas Porsche SCOPES Warszawa: “KAPITAŁ OF CAPITAL” RADIO KAPITAŁ w Komunie Warszawa (2021), fot. Helena Majewska

 

Co starasz się osiągnąć grając live act, a co grając DJ seta (szczególnie biorąc pod uwagę różnicę okoliczności, w jakich podejmujesz się tych typów grania)? Jaką przestrzeń starasz się stworzyć dla uczestniczących w wydarzeniu osób?

 

To jest coś, co nadal wypracowuję, nie mam też tak dużo doświadczeń z graniem live. Ale to są dla mnie dwie różne strony. Live’y opieram zwykle na ambientowej, off gridowej konstrukcji, na samplowaniu i rozciąganiu. Zawsze chodziło mi o zbudowanie jakiejś atmosfery, w którą osoby mogą wejść i wsiąknąć, w której mogą po prostu przebywać i jej doświadczać.

DJ sety są zazwyczaj energiczne, połamane, taneczne i mocno queerowe. Gram raczej reggaetonowo-ballroomowe rzeczy, niż techno, i bardzo się cieszę widząc ludzi, którzy szaleją w tańcu, otwierają się na ruch. Zależy mi na dzikości i zabawie, przekraczaniu granic gatunkowych, otwieraniu pola dla zaskoczenia i jakiegoś przecięcia, na przykład poprzez zmiksowanie wokalnego utworu z czymś bardzo bębnowym. Wiem, że to często odstrasza niektóre osoby, ale lubię obserwować reakcje na mieszanie gatunków. Wydaje mi się, że otwartość na taką selekcję bardzo wzrosła!

 

W takim razie na co zwracasz uwagę podczas selekcji muzyki?

 

Jest chyba kilka czynników, które konstruują moją selekcję. Jednym z nich jest rytmika – szukam rzeczy, które nie są typowym 4×4, są eksperymentalne w formie, ale jednocześnie przystępne tanecznie. Lubię też wplatać partie wokalne gdzie się tylko da, hihi.

Na początku nie wiedziałem, w jaki sposób rozmawiać z publicznością. Pierwszy zagrany przeze mnie DJ set był połamany do takiego stopnia, że nie był zbyt taneczny. Słuchając materiału w domu myślałem „tak, można do tego tańczyć”, później okazało się, że to nie sprawdza się w klubie. Gdyby zależało mi na tym, żeby ciągnąć to dalej, to pewnie mógłbym to zrobić. Jednak chciałem żeby to, co gram, tworzyło warunki do tańca, co biegiem czasu zaczęło się uspójniać, bardzo dużo się nauczyłem. Pomimo tego, że gram rzeczy bardzo różne gatunkowo, to dbam o rytmiczną ciągłość.

Innym czynnikiem przy selekcji jest queerowość tej muzyki – jaką osobą jest producentka czy producent, skąd pochodzi, jakie ma doświadczenia. Od samego początku staram się budować bazę kobiet i queerowych osób, które produkują muzykę.

 

Przechodząc do kwestii technicznych: jak się przygotowujesz do grania live actów i DJ setów?

 

Cały czas słucham różnych rzeczy i rozbudowuję bibliotekę pod kątem DJingu. Szukając muzyki działam dość instynktownie – nie przesłuchuję wszystkiego od początku do końca. „Aha, fajna sekcja rytmiczna, fajny wokal” i kupuję. Później sam siebie zaskakuje w setach, co często może być zgubne, szczególnie w przypadku muzyki, którą gram (mhm, minutowy ambient w środku tanecznego kawałka). Ale jeżeli uda mi się nad tym zapanować, ten element zaskoczenia fajnie kształtuje sytuację.

W przypadku live actów jest bardzo różnie. Używam komputera i kontrolerów MIDI, nie mam żadnych instrumentów analogowych, wszystko powstaje w komputerze, który jest moją bazą i centrum dowodzenia (zaczynałem nie mając żadnego sprzętu, przyzwyczaiłem się do korzystania z myszki i klawiatury i nawet teraz, mimo że mam zewnętrzne kontrolery, produkując często ich nie używam).

Jeśli chodzi o przebieg, wiem od początku do końca, co będzie się działo. Daję sobie pole na eksperyment w trakcie, na przykład poprzez korzystanie z syntezatora granularnego, który czasami daje dość nieprzewidywalny efekt. Ale jest to wciąż na poziomie kontroli – wiem, że coś może mnie zaskoczyć, ale wiem też, w jaki sposób.

 

Koncert live podczas wydarzenia syrinx.03 w Bazie w Krakowie (2020)

 

Jakie odczucia towarzyszą Ci podczas grania muzyki?

 

W DJingu to przebiega partiami: przed graniem zawsze jest stres, zero radości, ale kiedy tylko wejdę za DJkę, pojawia się ekscytacja i euforia. Tak jak wspominałem, nie wszystkie kawałki mam ograne 15 razy od początku do końca, poznaję je także w trakcie grania. Dzięki temu muzyka którą gram często jest zaskakująca także dla mnie i odbieram ją razem z publicznością. Bardzo to lubię, nie jestem w stanie się znudzić.

Podczas grania live chcę dużo bardziej panować nad sytuacją – oferuję coś konkretnego, przychodzę z tym, więc staram się jak najlepiej to przekazać. To jest dużo bardziej medytacyjna forma, przeważa skupienie.

 

Mam jeszcze jedno pytanie, bliżej tematów, o których wcześniej rozmawialiśmy. Czy  masz potrzebę działania w grupach, tworzenia czegoś wspólnie? A może widzisz się raczej jako “samotnego wilka”, który chce realizować swoją wizję?

 

Odkąd pamiętam, jest we mnie potrzeba współdziałania i wymiany twórczej, tworzenia z innymi. Do tej pory szedłem indywidualną muzyczną ścieżką, co wydaje mi się naturalne – najpierw musiałem dogadać się ze sobą i dowiedzieć się, o co mi chodzi. Teraz, kiedy wiem, w jakim kierunku chcę iść i co mnie interesuje, otwieram się na możliwości współpracy z innymi. Znalazłem też osoby zainteresowanymi podobnymi rzeczami, poruszające się w podobnym polu estetycznym. Obecnie realizuję potrzebę współdziałania w kolektywie Progrefonik, do którego dołączyłem kilka miesięcy temu, co było spełnieniem marzeń. Bardzo chcę kontynuować działanie w tym wymiarze kolektywnym, choćby poprzez organizację wydarzeń i wspólne poszukiwania estetyczne.

 

Fot. Filip Preis

 

Autorem coverowego zdjęcia widocznego na głównej stronie jest Filip Preis.