KUBA CHÂTEAU

Tatrzański Golden Hour DJ set nagrany w ramach programu Partnerstwo dla Muzyki 2.0, fot. Borys Borecki

 

Gościem czwartego odcinka serii rozmów i podcastów jest Kuba Château – DJ, organizator i promotor stacjonujący w Krakowie. Kuba jest współzałożycielem labelu Wodawater, połową duetu Château Shatter oraz współkuratorem cyklu wydarzeń WODA i Entrance, gdzie występowali m.in. Laksa,  Alienata, Celestial Trax, Morah, VTSS, T A K A czy Nastya Muravyova. Jako DJ ma na koncie występy w większości najważniejszych klubów w Polsce (m.in. w Warszawie, Wrocławiu, Katowicach, Białymstoku czy Łodzi), jak również streamingi promujące Wodawater w Nowym Jorku (Halcyon) oraz Kijowie (20ft Radio). W pandemicznym 2020 r. współtworzył samopomocową inicjatywę Pop Up Radio, która z platformy spotkań online dla lokalnych artystów przeobraziła się w multidyscyplinarny i zaangażowany społecznie projekt.

Jego sety to bardziej ”Pora na przygodę!” niż “Gambit królowej”: spontan bierze górę nad strategią. W zależności od sytuacji (i ilości miejsca w walizie) miesza w nich w różnych proporcjach techno, electro, trance, breaki czy EBM. W świetle dnia nie stroni od łagodniejszych brzmień, co niektórzy mogą pamiętać z WDWTR Radio i niedzielnych miękkich lądowań na kocach i leżakach na letniej Scenie przy Pompie. (Zazwyczaj) wierny winylom: tropi na nich dziwy natury, pioruny kuliste, łabędzie śpiewy i delfiny albinosy. W czystych klubach czuje się nieswojo.

Z pewnością wiele z wymienionych inspiracji można usłyszeć w wyjątkowo przygodowym podcaście nagranym przez Kubę dla Background Process. Zapraszam zarówno do posłuchania miksu, jak i lektury zapisu naszej rozmowy!

 

 

Na dzień dobry bardzo Ci dziękuję, że się zgodziłeś na tą rozmowę, cieszę się że w końcu nam się udało ustawić i że będzie okazja porozmawiać!

 

Pleasure is mine!

 

Znalazłam interesujący fragment Twojego dawnego bio: układanie DYI-owych soundtracków do własnych tekstów w stylu antyutopii i postapo zaprowadziło do DJingu. Co to za historia, jak to było z tymi początkami?

 

Od gimnazjum pisałem różne formy literackie, muzyka zawsze mi jakoś towarzyszyła i często myślałem: o kurde, oszukuję. Będąc pod wpływem jakichś doświadczeń (muzycznych lub innych) stymulowałem myśli o napisaniu czegoś. A w przypadku pisania książki to było nawet stwarzanie całych nowych postaci. Czy to jest jeszcze moje, czy już nie, jeżeli muzyka stwarza jakieś nowe emocje czy historie?

Pisząc powieść osadzoną w post-rzeczywistości, w wielkim nigdzie albo wielkim niewiadomokąd, z bardzo wydmuszkowatymi postaciami, zacząłem bardziej świadomie interesować się elektroniką. Sporo artystów zaczęło układać się w jakąś całość. Nie wiem, czy można to już nazwać gustem, czy to ciągle było poszukiwanie, ale pamiętam, że pojawił się tam między innymi Andy Stott, jakieś dubtechniawki, Marko Fürstenberg, a także dużo klimatów, które wyniosłem z Unsoundu. Ten festiwal wzmagał różne tendencje jeżeli chodzi o muzykę z jednej strony dość mroczną, z drugiej strony taką, że za każdym razem to było doznanie jakiegoś szoku czy odkrycie jakiejś nowości. Wiadomo, klimat Unsoundu jest w sumie spójny z tematyką postapokaliptyczną, antyutopijną, dystopijną, sporo też było tematyki horroru i to się przeplatało przez tę książkę. Był też postpunkowy zespół Raime, Swans, czy Have a Nice Life, do których trafiłem przez Swansów. To wszystko ułożyło się w pewien soundtrack i bardzo pomagało mi pisać. Jednocześnie zaczęło działać sprzężenie zwrotne, ten proces zaczął coraz bardziej napędzać zainteresowanie muzyką.

 

Zestaw wolontariusza z Unsound Disclocation (2016)

 

Kiedy muzyka wyszła na pierwszy plan, stała się celem samym w sobie?

 

Znowu muszę zrobić małą retrospekcję! Do samej elektroniki trafiłem trochę przez muzykę gitarową i indie rockowe klimaty, które z czasem zaczęły się elektronifikować (Washed Out, Gold Panda, Baths, Toro Y Moi, Mount Kimbie). Ten rozdział z książką i Unsoundem to już właściwie są inne czasy i inny klimat, choć można powiedzieć, że trochę to szło równolegle. Festiwale muzyczne (na przykład Audioriver), otworzyły mi uszy na bardziej repetytywne, mniej narracyjne kawałki, które niekoniecznie stwarzają jakąś rzeczywistość, tylko po prostu są przeżyciem samym w sobie. Muzyka już nie musiała mieć dla mnie warstwy melodycznej, jeden kawałek nie musiał opowiadać historii, żeby pomagać mi coś napisać, tylko to były kawałki jakiejś większej historii, na przykład w formie DJ seta.

Zacząłem też bywać na imprezach, przestałem odsłuchiwać muzykę tylko w domu, tylko wreszcie mogłem jej posłuchać jako muzyki tanecznej i czegoś, co mogłem dzielić z ludźmi na żywo. Nie wiedziałem o tej rzeczywistości, że są ludzie, którzy słuchają techno. W Krakowie to nie było takie oczywiste i proste do odnalezienia, to były początki lat dwa tysiące -nastych, to był absolutny underground. Wcześniej miałem jakieś przygody imprezowe, drumowe, czy jakieś szybsze klimaty, czy właśnie bardziej melodyjne, ale to nigdy nie były techno imprezy. Kiedy znalazłem to środowisko, zacząłem się zastanawiać, jak to jest zrobione, o co chodzi, co to znaczy że ktoś gra seta, czy to jest odtwarzane na żywo, czy to jest układane i klejone w jakąś opowieść. Moimi pierwszymi doświadczeniami tego typu były imprezy Deep Impact, gdzie odkryłem klimat, który był w stanie tak bardzo mnie wciągnąć i zainteresować.

 

Wspomnienie z festiwalu Audioriver w 2015 roku

 

I co się wydarzyło, jak to odkryłeś?

 

Najpierw było badanie maszynerii, trochę zaglądanie za DJkę, a równocześnie podpatrywanie brata, Miko, który produkował elektronikę od początku lat 2011-2012… Miko tworzył trochę w indie-elektronicznych klimatach pod aliasem Swallows Fly Low i supportował tego typu artystów w Szkocji. Natomiast dla mnie na tamtym etapie produkcja była czymś, o czym zupełnie nie myślałem. Poznawanie DJskiego rzemiosła, jeszcze wtedy odległego, odbywało się doraźnie, na imprezach, na bieżąco z doświadczaniem samej muzy. Chłopaki z Deep Impactu na pewno zafascynowali mnie jako pierwsi, byłem stałym bywalcem ich imprez. Zresztą, byliśmy bywalcami z grupą znajomych, z którymi się do dzisiaj przyjaźnimy, te przyjaźnie się wtedy wykuwały. Myślę, że cała ta otoczka też miała wpływ na to, co się działo później. Sety Spajdera Jeruzalem, który był już wtedy znanym w Krakowie nocnym markiem… Dopiero uczyłem się, że tak wyglądają gramofony, to jest mikser, CDki, kable, o matko ktoś wypiął kable, przestało grać, dlaczego… Bojaźliwe i nabożne patrzenie na to wszystko, gdzie co kto wsadza na tym mikserze i co się w ogóle dzieje. Nie do końca potrafiłem sobie wyobrazić to, że można się zamienić miejscami albo dołączyć do tego wszystkiego. To poznawanie działo się wolno.

 

Pamiętasz moment, kiedy stwierdziłeś “dobra, chciałbym zagrać na jednej z tych imprez albo spróbować coś zmiksować w domu”?

 

Dużo jeszcze wtedy chodziłem z muzyką na uszach, te kawałki zaczęły mi się układać w jakieś playlisty i zacząłem sobie coraz częściej myśleć “o, a tutaj by pasowało to”, “to by ekstra zagrało po tym”. Zacząłem to sobie kleić w głowie, ale ciągle bez połączenia kabelków, że to się da zrobić, że może warto by się dowiedzieć, jak. Trochę mój brat mnie w to pchnął. Kończyłem wtedy ciężki okres w życiu, byłem dość mocno wypalony pracą jako project manager przy projektach reklamowych, na koniec jeszcze dostałem awans, miałem być koordynatorem biura… Stwierdziłem, że nie wytrzymam tego i odszedłem. Byłem o włos od zatrudnienia się biurze tłumaczeniowym – również jako project manager – jednak w ostatniej chwili zrezygnowałem. Nie byłem gotowy. Zamiast tego pojechałem do Miko, który już wtedy skończył studia dźwiękowe w Chicago i przeprowadził się do Nowego Jorku. Robił projekty elektroniczne, kupował płyty i zaczęło znosić go bardziej w stronę toolowego stylu (chociaż jego produkcje zawsze były artystyczne, naznaczone jego osobowością, nie typowo parkietowe, tylko bardziej pod live acty, które najczęściej grywał). Zobaczył, że kręci mnie podejście DJskie, i pchnął mnie w to.

Nie wierzyłem, że to się da tak zrobić, że idziesz, kupujesz najprostszy sprzęt i sprawdzasz, czy cię to kręci. Tuż po skończeniu tej pracy nie miałem ani czasu, ani siły, ale miałem za to pieniądze, więc mogłem sobie na to pozwolić, tym bardziej, że w Stanach elektronika jest faktycznie tańsza. Kupiłem wtedy najprostszy kontroler Numarka (Mixtrack Pro), pół-zabawkę. Pitch był bardzo niedokładny, więc działanie na nim było mocno ograniczone. Kiedy zacząłem grać domowe seciki dla znajomych, nie było sobie łatwo z tym poradzić, więc trzeba się było ratować syncami i tak dalej. Ale można było na nim sprawdzić, czy cię to pociąga i czy miksowanie tracków jest dla Ciebie. Kiedy zacząłem jedno z drugim sklejać i słyszeć efekt na słuchawkach, a nie tylko wyobrażać sobie, to było wręcz katartyczne doświadczenie! Coś, co bardzo dawno chodziło mi po głowie, a nagle się spełniło.

 

Pierwszy zestaw DJski

 

Jak nastąpiło to przejście między graniem z kontrolera, a graniem z winyli, z którego Cię kojarzę? Czy ten format jest dla Ciebie główny, docelowy, czy to się jakoś zmienia?

 

Z kontrolerem to było o tyle proste, że jest to najbardziej przenośna rzecz, mogłem wsadzić prosto do walizy, przywieźć do Polski i zobaczyć, czy warto zrobić następny krok. Bardzo mnie to wciągnęło, oczywiście. Całe to uniwersum zaczęło się otwierać i mnie pochłaniać. Czas na płyty przyszedł dopiero, kiedy Miko sprowadził się do Krakowa i zaczęliśmy myśleć o projekcie Wodawater oraz cyklu imprez, które miały go rozpędzić. Chcieliśmy pokazać, że halo, jesteśmy, i coś nowego się tutaj “wydarza”. Docelowo planowaliśmy wydawnictwo, ale będąc obaj na miejscu w Krakowie, zaczęliśmy to rozkręcać imprezowo. Mój brat kupił gramofony tuż po tym, wrócił do Polski, i tak naprawdę pierwsze nasze sesje to był długi proces jego pracy nade mną, żebym odpuścił komplikatory, przestał rzucać sobie kłody pod nogi i po prostu działał. Nie zastanawiamy się “po krakowsku”, nad jednym, drugim i piątym piwem, jak super by było, gdybyśmy to zrobili, tylko działamy. Miko na pewno przywiózł ze Stanów taki plan działania, że nie ma rozwałkowywania się po barach, tylko jak coś robimy, to robimy.

Myślałem o winylach trochę w kategoriach gamblingu, że o kurde, jak jeszcze teraz do tego dojdą płyty, to już w ogóle zbankrutuję, wydam wszystko na płyty, najgorsze co może się przytrafić! Wiedziałem, że jeżeli klamka zapadnie, to nie będzie odwrotu. Miko trochę podjął decyzję za mnie, bo kupił mi pierwszą płytę. Później były cudowne ciepłe dni, kiedy u niego w mieszkaniu przesiadywaliśmy godzinami nad gramofonami. Uczyłem się beatmatchingu, co wtedy było dla mnie chore – trzeba wszystko ręcznie dograć, nie ma żadnego ekranu, tylko ucho, musisz zapanować nad wszystkim i mieć podzielną uwagę, jak przy żonglowaniu. Z podzielnością uwagi u mnie średnio, więc szło to topornie, szczególnie przez naleciałości od grania z kontrolera. Ale uparłem się, zacząłem ściągać tanie płyty z Discogsa, w ilościach może nie hurtowych, ale wystarczających, żeby stworzyć jakąś bazę. Sporo ich nakupowałem, niejedną zrysowałem przypadkowym potrąceniem igły, ale “chwyciło”. Pamiętam pierwszą imprezę, którą zagrałem z winyli w Świętej Krowie, gdzie tego wieczoru bawili się też Spajder Jeruzalem, chłopaki z Techno Rączki czy Diabot – dziś moi serdeczni przyjaciele. To był bardzo zabawny wieczór, dostaliśmy duże propsy za nasze B2B z bratem. Takie to były pierwsze publiczne doświadczenia z winylami, kiedy jeszcze, nie ukrywajmy, brat ciągnął mnie za uszy.

Na CDkach zacząłem grać długo po tym, jak nauczyłem się zgrywać płyty. Z winylami mam najwięcej funu, bo musisz ciągle pracować nad miksem, a kiedy przestajesz, to już musisz myśleć, jaki track do tego dopasować i pospieszyć się, bo nie oszukasz, nie zaloopujesz, wszystko musi iść na raz. Na co dzień lubię sobie porozważać różne za i przeciw, więc ta dyscyplina była dla mnie dużym wyzwaniem. Z drugiej strony, zabierając case’a, jesteś do niego ograniczona i musisz pracować na tym materiale, który masz. Jak ktoś mnie pyta, czy mógłbym zagrać to czy tamto, łatwo wtedy powiedzieć “sorry, mam ze sobą tylko to” i umyć rączki, to też jest duży plus! Więc chyba najfajniejsze w graniu z winyli są twórcze ograniczenia i ciągła praca nad miksem. I to, że z tymi płytami zawsze są później wspomnienia. Jasne, muzyka sama w sobie zapada w pamięć, ale jednak nic nie zastąpi tego rytuału – wyciągania i zdjęcia płyty, nawet tego, że gdzieś spadnie i się zabrudzi… Patrzysz potem na rysę i myślisz, “o, to stało się wtedy i wtedy”. To kreuje historią za tym wszystkim.

 

Pierwsza impreza Wodawater w Balu, za deckami Château Shatter, czyli bracia Kuba Château i TRSSX , fot. Rafał Zelek

 

Ale oczywiście, fun z muzyki, bez względu na to, z czego się gra, to osobny wątek. Dojrzewając, skumałem, że w DJingu, poza techniką, równie ważne jest czucie miejsca, klimatu, publiki. Stwarzasz warunki, żeby to było wspólne doświadczenie, które wszyscy zapamiętacie – a nie skupiasz się tylko na sobie, czy w drugą stronę – na myśleniu tylko o tym, jak przypodobać się publice.

 

Rozumiem, że teraz osiągnąłeś jakiś balans, jakieś poczucie że wiesz mniej więcej, gdzie dla Ciebie leży ta granica. Jak zmieniało się Twoje podejście do grania: o co chodzi w tym graniu, po co grasz, co starasz się dostarczyć?

 

Nie do końca jeszcze wiem, czy przez ostatni rok udało mi się taki balans stworzyć. To było mnóstwo przemyśleń w teorii. Mnóstwo tracków, które pojawiały się w tym pandemicznym roku, jako owoc siedzenia w domu wszystkich (albo prawie wszystkich) artystów, produkowania z myślą o parkiecie, ale bez testowania w klubie. Kupując tyle muzyki, na ile było mnie stać, nie tylko na winylach, ale też coraz więcej cyfry, mogłem sobie tylko wyobrażać, jak to zadziała i co z tym będzie dalej.

Na początku miałem sporo różnej, nieklejącej się ze sobą muzyki. Tak to jest, kiedy masz zbyt mało płyt, żeby mogły wybrzmieć spójnie, i przeskakujesz z plażowego grania w mroczna zakamarki w stylu Edit Select, grałem też izraelskich artystów (Gel Abril, Shlomi Aber), czyli z grubsza techhousowe rzeczy. Jeszcze nie do końca potrafiłem to ustrukturyzować. W sumie od zawsze ściągało mnie w mrok, imprezy Deep Impactowe rządziły się takim dość mrocznym, leśnym, wilgotnym klimatem. Moja reinterpretacja tego ciągnęła trochę w stronę offbeatowego techno, eksperymenty z rytmem kręciły mnie od samego początku winylowej selekcji.

Myślałem wtedy o tym, że muszę stworzyć jakiś artystyczny czy DJski program, jakąś selekcję absolutną, z którą będę identyfikował się bez względu na okoliczności. Że tak stworzę swój wizerunek. Natomiast dziś zluzowałem i podchodzę do tego bardziej na zasadzie, że trudno, żebyśmy jako DJe czyjeś kawałki nazywali “naszą” muzyką. Dzielmy się nią i róbmy z niej najlepszy użytek. I bądźmy w tym uniwersalni. Jeżeli to jest światło dnia, to zagrajmy tak, żeby ludzie poczuli, że dobrze im w słońcu. Granie daje mi dużo więcej radości teraz, niż kiedyś. Mam dużo mniejszy stres związany z występowaniem, dystans do popełniania błędów, nietrafienia z kawałkiem, wyczyszczenia parkietu, wszystkich wydarzeń, które początkujący bardzo ciężko znoszą.

 

Granie w Kawiarni Teatralnej, fot. Edyta Sasin

 

A propos selekcji, kojarzysz mi się z dość eklektyczną selekcją, graniem setów ambientowych, parkietowych, słonecznych, mrocznych i tak dalej. Znalazłam fragment bio, w którym opisujesz to w ten sposób: jego winylową selekcję przepełniają atmosferyczne tekstury często przełamywane industrialem, EBMem czy acidem. Techno używa zazwyczaj jako punktu referencyjnego. Zaciekawiło mnie to zdanie, co to znaczy, że techno jest punktem referencyjnym?

 

Gdzieś, niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy pada deszcz, czy jest ciemno i wszystko jest spowite dymem, to 4/4 jest punktem orientacyjnym, tu zaczyna się przygoda i od tego mogę pójść, gdzie tylko chcę. Pierwsza zasada, która jest właściwie wyłącznie po to, by ją łamać. To się też łączy z reagowaniem na określoną publikę i miejsce, i tu jest pies pogrzebany. Możesz grać najlepszego techno seta, być niewiarygodna technicznie, mieć super gust, ale jeśli nie trafisz z tym, jaki w danym momencie jest klimat, albo podejmujesz zbyt wiele złych decyzji, ludzie Ci nie zaufają i w to nie wejdą.

 

Jesteś osoba, która pracuje słowem: od dawna tworzysz różne formy literackie, zajmujesz się tłumaczeniami, napisałeś swoją książkę, a teraz jesteś technical writerem. Czyli cały czas opowiadanie historii za pomocą języka, czy to w celach literackich, czy użytkowych. Czy widzisz jakieś połączenia pomiędzy wyrażaniem się, posługując się formą muzyczną i językową? Czy to ma w ogóle jakieś punkty wspólne?

 

Na pewno tak. Jak kiedyś uda mi się doprowadzić moje szkice produkcyjne do jakiejś ostatecznej formy, zamiast tworzenia nowych szkiców i niekończenia ich, to może będę w stanie powiedzieć na ten temat więcej…

W momencie, kiedy jesteś na jakiejś eksponowanej pozycji, stajesz przed kimś i kreujesz przekaz artystyczny, to wpływasz na ludzi, którzy są przed Tobą. Z muzyką jest to bardziej bezpośrednie, z literaturą trochę mniej, bo jako autor rzadko jesteś ze swoim tekstem bezpośrednio przed odbiorcą. Ale za wszystkim jest cały czas potrzeba generowania czegoś. Jeżeli chodzi o jakąś autoekspresję czy wyrażanie się… Tak się to oklepało, że trudno mi w tym znaleźć takie znaczenie, jakie kiedyś odnajdywałem. To jest proces, który mam wrażenie, że jest na etapie zmiany paradygmatu mojego myślenia o czymś, co jeszcze nie do końca jest usystematyzowane, dlatego trochę krążę wokół tematu.

 

DJ set w Pauzie, fot. Edyta Sasin

 

Znalazłam taki fragment opisu twojej książki: “Oswajanie szkła” to powieść-hybryda, w której klasyczna narracja miesza się z mową motywacyjną, reklamą, procedurą czy dyskusją na portalu społecznościowym. Kiedy to przeczytałam, to od razu miałam skojarzenie z Twoją selekcją DJską.

 

O widzisz, to jest mega ciekawe! Wydaje mi się, że to, że nie potrafię utrzymać liniowej i bezpośredniej narracji, wiąże się chyba z jakimś uczuciem nudy. Tworzenie monolitów jest nie po drodze z moim temperamentem. Fajne są spójne rzeczy, ale ja lubię co jakiś czas zrobić unik, czy świadomie wytrącać z rytmu. Ale w odkrywczy sposób, a nie po to, żeby dekoncentrować i powodować cały czas rozproszenie jakiejś kiełkującej emocji. Może fajne jest dla mnie to, żeby przez cały czas pracować nad soft skillem, żeby móc to robić umiejętnie. Lawirować z minimalnym impaktem dla odbiorcy, wciągać i fascynować, a nie rozpraszać i demobilizować.

 

Kiedy opowiadasz o swoich zróżnicowanych gatunkowo początkach, jak i kiedy opisujesz swoją selekcję jako DJ, już z kilkuletnim doświadczeniem w budowaniu setów, ewidentnie łączysz ze sobą różne rzeczy, składasz jakieś światy czy w formie powieści czy seta, być może za jakiś czas produkcyjnie. Czy to ma jakiś wspólny core, czy jest coś czego poszukujesz niezależnie od formy wyrazu, a może to właśnie zależy od formy?

 

Wydaje mi się, że jest to bardziej potrzeba jakiegoś eklektyzmu i chęć łączenia różnych na pierwszy rzut oka rzeczy, niż szukanie jak najbardziej spójnych i podobnych fragmentów, żeby stworzyć jakieś całości, które przede wszystkim zachwycałyby symetrią, proporcją, wyważeniem. Są ludzie których spójność zachwyci, inni będą bardziej skorzy na przygodę. Jest dla mnie różnica w hipnotycznym i toolowym techno, jestem w teamie hipnotycznym.

 

To ciekawe, bo często artyści, którzy wydają się starać o osiągnięcie tego hipnotycznego efektu, stawiają na ciągłość, dużą spójność gatunkową i płynne miksy zacierające moment przejścia między trackami. Jak łączysz potrzebę eklektyzmu z zamiłowaniem do hipnotycznych brzmień?

 

Być może wystarczyłoby mi skilla, żeby ciągnąć na winylu przejście, co też robiłem, także treningowo, żeby wyrównywać to tempo na jak najdłuższym fragmencie jakichś kawałków skandynawskich masterów, na przykład z Northern Electronics… Miałem też fascynację takimi klimatami, bardzo lubię ich słuchać, takie sety potrafią mnie bardzo wkręcić. Ale nie jestem zdolny do tego, żeby to wypływało ze mnie, nie tędy droga. Jestem dla siebie bezlitosny, jeśli chodzi o ten techniczny aspekt i bardzo się zadręczałem przy każdej niespójności w przejściu między kawałkami i tak dalej. Ale zacząłem myśleć o tym trochę inaczej, że to nie do końca te kwestie tworzą z Ciebie dobrego DJa czy DJkę.

 

DJ set na imprezie Krak Up organizowanej przez Techno Techyes, fot. Aga Szuścik

 

Kojarzysz mi się też jako bardzo “kooperatywna” osoba: regularnie można Cię usłyszeć w różnych back-to-backach, angażujesz się w kolektywne działania, takie jak Wodawater czy Pop Up Radio, rozmawialiśmy też o tym, jak ważne są rozmowy z innymi DJami i DJkami, szczególnie podczas pandemii. Na ile ważny jest dla Ciebie ten społecznościowy pierwiastek?

 

Z perspektywy osoby, która już spędziła trochę czasu na scenie i zobaczyła, co lubi, czego nie lubi, co ceni, a co jest jej obce, wydaje mi się, że działania oddolne i budujące społeczność, to jest coś najcenniejszego, do czego może dojść pomiędzy ludźmi tworzącymi scenę. Pandemia pokazała mi, że najfajniejsze jest tworzenie tego wszystkiego nie tylko w kontekście baru i imprezy, ale w kontekście spotkań muzycznych w domu, zaczynając wszystko od zera. To wszystko, co wymienisz z każdą konkretną osobą, którą poznajesz, z którą zjesz obiad, czy zapalisz peta na balkonie, to wszystko jest o wiele cenniejsze, niż gdybyście poszli na swoje sety ileś razy. Wspólnota – na tym polega cały fun, przynajmniej od strony DJa, abstrahując od samego momentu grania i interakcji z publiką. To, jaką tworzysz wokół siebie atmosferę, środowisko, jak dogadujesz się z ludźmi, ile rzeczy możesz dzięki temu zorganizować. O ile prościej jest, kiedy znasz takiego człowieka nie tylko z imprez czy muzyki, ale spędzisz z nim słoneczny dzień nad Wisłą, czy pojedziesz na wycieczkę rowerową. Małe, robiące różnicę sprawy, niekoniecznie związane z muzyką.

B2B jako kontynuacja umiłowania niespodzianek jest dla mnie niespodzianką razy milion, bo nigdy nie wiesz, co ktoś zagra, partnerka/partner nie wie, co ty, w związku z tym jesteście cały czas w state of emergancy. To jest w dużej mierze improwizacja, nie zawsze się klei, ma to swoje plusy i minusy. Bardzo też lubię tą formę ze względu na to, że jest to dialog z osobą z którą grasz, jest to sztuka dopasowywania się, sztuka wzajemnego budowania jakiejś historii czy historyjki i przy tym jest mega fajnym, kształcącym przeżyciem (i dla miksu, i dla własnej elastyczności, i pokonywania sztywności i barier).

 

B2B z TRSSX jako Château Shatter na Technorączce w 2019,  fot. Filip Wolak

 

Miałeś okazję pojawić się muzycznie w różnych miejscach, na przykład w UK czy w Stanach. Czy masz jakieś obserwacje związane z tym, jak działają różne lokalne sceny?

 

Nigdzie poza Polską nie byłem wystarczająco wkręcony, dużo rzeczy mogę idealizować, o wielu nie wiedzieć…

 

A jak ze sceną krakowską lub polską?

 

Tutaj rzeczywiście patrząc na takie mikro światki od kuchni, ma się prawdziwszy ogląd tego wszystkiego. To, co w Polsce nazywamy sceną, bardzo się podzieliło przez ostatni rok… Zawsze było jakoś podzielone, ale doświadczenia pandemiczne na pewno nie pomogły w solidarności i cementowaniu, wręcz przeciwnie. Temat rzeka, aż mi się jeżą włosy, jak zaczynam w to wchodzić, we wszystkie awantury, które przetoczyły się przez scenę, nie tylko dlatego, że jedni w pandemii grali, a inni nie, jedni przestrzegali obostrzeń, a inni nie. To też ciągnące się nieporozumienia światopoglądowe: czy muzyka elektroniczna powinna być polityczna, czy nie – pytania, od których nie da się uciec, ale które znowu – w naszych warunkach bardziej dzielą niż łączą. Nasza scena nigdy nie miała okazji osiągnąć dojrzałości. Były mniejsze, porozbijane środowiska, ale nigdy nie mieliśmy do czynienia z ustrukturyzowanym i skoordynowanym frontem muzycznym, mającym swoje labele, swoich artystów, sklepy z płytami, cykle imprez, jak chociażby scena w Glasgow, Bristolu, czy w Paryżu… Nawet jakby zebrać do kupy całą zatomizowaną Polskę, to trudno byłoby poskładać to w na tyle logiczną całość, żeby mogła konkurować z jednym z wymienionych ośrodków. Natomiast w moim odczuciu trzeba wspierać każdą oddolną inicjatywę “scenotwórczą”, interesować się innymi, pomagać im kontaktować się ze sobą i odnajdywać się nawzajem, tworzyć platformę wymiany – to jedyna droga, by z przypadkowości i turbo-lokalności wejść na bardziej konsekwentny i ogólny poziom.

 

Pandemiczny stream “Ostatni taki bal” wieńczący działaność Balu na Zabłociu, fot. Showcasemedia.pl

 

Jak pozycjonujesz się w tym wszystkim i jaki masz plan na to, jak w tym dalej funkcjonować w satysfakcjonujący dla Ciebie sposób?

 

Myślałem, że ta lokalność stanie się jakąś nową zasadą, dzięki czemu scena będzie się rozwijała bardziej naturalnie, nie lecąc tylko na zagraniczne nazwiska, bo tak ekipy promotorskie wpędziły się w błędne koło (albo może jest to wada samego systemu, który czerpie wzorce z popkulturowych konceptów, gdzie artysta musi być w centrum uwagi i jest źródłem pieniędzy i zwracalności imprezy). Teraz, w momencie kiedy trzecia fala jeszcze bardziej wszystko zamknęła i dopiero z tego wychodzimy, nie mam większych złudzeń, że ta lokalność zostanie super dowartościowana i doceniona i że wszystko co nasze, lokalne zacznie się nagle super rozwijać. Ale mam większe przekonanie, że takie oddolne działania są bardziej wartościowe. Jeśli chodzi o poziom, nie sądzę, żebyśmy się mieli czego wstydzić jako środowisko DJskie. Większość osób, które znam, cały czas się rozwija – również jako osobowości – oraz tworzy jakieś kręgi, które się uzupełniają, rozumieją, kolegują (i to nie na zasadzie kolesiostwa i rączka rączkę myje). Na przykład społeczność ukraińska, która utworzyła się wokół Sekty w Krakowie, która jest typowo oddolnym community i która skradła moje serce. Ludzie przyciągnęli innych ludzi i wokół knajpy wspierającej środowiska artystyczne powstała lokalna społeczność – coś, o czym zawsze marzyłem, i co miałem nadzieję, że kiedyś uda mi się stworzyć. Tak to powinno wyglądać i w tę stronę trzeba iść.

Z czasem dociera do mnie, że chyba najbardziej cenię takie mikro-doświadczenia. Nie myślę o swojej działalności na zasadzie: krok tu, krok tam, od lokalnej do globalnej kariery. Na tę chwilę celem samym w sobie jest dla mnie działalność lokalna.

 

Rezydencja Pop Up Radio w Fundacji Razem Pamoja, na zdjęciu z Virtual Geishą, Etą Hox i Lil Davem, fot. Michał Sarapata

 

Autorką coverowego zdjęcia widocznego na głównej stronie jest Magda Szczerba.