PIOTR FIGIEL

Piotr Figiel Live na festiwalu Instytut w 2017, fot. Raveview

 

Kolejną osobą, która przedstawi swoją wizję grania, jest Piotr Figiel – producent muzyczny, live actowiec i DJ z Krakowa. Wcześniej kojarzony ze swoich wydawnictw pod aliasami DCM i Peter Feegle, od 2014 działa pod własnym imieniem i nazwiskiem. W swojej twórczości Piotr łączy przeróżne inspiracje, skupiając się na techno, IDM, oryginalnym sound designie, dobrym brzmieniu i graniu hardware’owych live actów. Te ostatnie miał okazję zaprezentować między innymi na festiwalach takich jak Street Art Festival, Ars Cameralis, dwukrotnie na Tauron Nowa Muzyka czy na legendarnym Instytucie w Warszawie. Jego produkcje i remiksy wydawane były w wielu polskich i zagranicznych labelach. Oprócz działalności solowej, w duecie z Dominikiem Gawrońskim tworzy projekt Krakowitz, eksplorując syntezatorowo-melodyjną stronę muzyki, przyprawioną nostalgią lat dziecięcych.

 

Krakowitz Live na 5. urodzinach Off Radio Kraków (2020), fot. Off Radio Kraków

 

Zajmuje się także produkcją, miksem i masteringiem, pomagając innym artystom osiągnąć wymarzone brzmienie ich muzyki. Od 6 lat prowadzi na antenie Off Radio Kraków audycję “Essentia Electronica”, która stała się jednym z najważniejszych źródeł informacji i promocji dla krakowskiej sceny muzyki elektronicznej.

W podcaście przygotowanym przez Piotra znalazło się trochę nowości wydawniczych oraz produkcje samego autora – jeden z utworów, “What If”, został wydany w ramach “Head noise EP” dla labelu Unknown Territory. Całość zwraca uwagę bogatą warstwą perkusyjną, nieoczywistymi zestawieniami precyzyjnie dobranych utworów i płynnym przechodzeniem poprzez różne muzyczne obszary – minimalistyczne, hipnotyczne „toole”, „bleepowe” techno, dubtechnowe atmosfery i emocjonalne melodie. W rozmowie Piotr dzieli się swoim podejściem do opowiadania muzycznych historii w formie setów i podcastów – zachęcam do odsłuchu połączonego z lekturą!

 

 

Pomimo, że w rozmowach skupiam się na DJingu, w Twoim przypadku jest tak wiele obszarów działalności muzycznej, że trudno będzie nie nawiązać także do nich. Co w tym momencie jest u Ciebie na pierwszym planie, jeśli da się coś takiego wskazać?

 

Chyba się nie da… Równocześnie produkuję, prowadzę własną działalność artystyczną (live actową i DJską) oraz rozwijam studio i usługi dla innych ludzi. Studio było moją główną pracą, a DJing i działalność artystyczna były dodatkami do tego. Chociaż w sumie to się różnie przeplatało w zależności od okresu w życiu – czasem więcej było działalności artystycznej, czasem pracy w studio.

 

A czy któryś z tych obszarów jest dla Ciebie najbliższy – najbardziej Cię cieszy albo masz do niego największą motywację?

 

Nie wiem, czy potrafię odpowiedzieć na tak postawione pytanie, bo każdy z tych aspektów jest satysfakcjonujący w inny sposób – dlatego też tak dużo tego robię. Zawsze chciałem pracować z dźwiękiem i to że mogę z nim pracować tak szeroko, jest bardzo fajne. Czasem praca dla klienta, czasem praca ze swoimi rzeczami, innym razem granie. To nie pozwala się nudzić.

Lubię mastering, bo jest szybki, z drugiej strony lubię miksować ludziom całe albumy, bo tworzenie takiego spójnego, większego dzieła jest satysfakcjonujące. Lubię granie DJskie, bo ma się dosyć sporą możliwość ruchu przy graniu i prezentowania swoich inspiracji, z drugiej strony granie live actowe jest według mnie jedynym fajnym sposobem grania swojej muzyki, bo pozwala na improwizację (grając własne utwory w setach DJskich trochę się nudzę, po tym jak spędziłem dużo czasu na ich produkcji). W każdym aspekcie mojej pracy z dźwiękiem jest coś na tyle fascynującego, że ciężko mi wskazać jeden z nich.

 

Jasne, rozumiem. Nawiązując do wymienionych aktywności, część muzyki którą produkujesz ma charakter stricte klubowy. Jak to, że grasz jako DJ, wpływa na Twoje produkcje oraz jak wiedza na temat tworzenia takich utworów wpływa na Twoje sety DJskie?

 

Zacznę od tej drugiej części. Na pewno doświadczenie w pracy z dźwiękiem pozwala mi efektywniej pracować jako DJ z czysto dźwiękowego punktu widzenia. Wiem, co się sprawdzi brzmieniowo w klubie, kiedy kupuję utwory. Wiem jak przeprowadzić selekcję nie tylko pod względem merytoryki samej muzyki, ale także brzmienia. Zdarzało się, że nie kupowałem utworu pomimo że miał fajny vibe, bo niekoniecznie sprawdziłby się w kontekście jakości muzyki, którą chcę grać. 

Na pewno granie własnej i cudzej muzyki w klubach pozwala wyłapać z numerów pewne patenty, które sprawdzają się na dancefloorze, i później zaimplementować je w swojej własnej twórczości. Niestety, z muzyką klubową jest tak, że jest ona trochę użytkowa. Oczywiście staramy się w nią wsadzić jak najwięcej artyzmu, jednak, jako muzyka skierowana do DJów i przeznaczona na parkiety, musi spełniać pewne minimalne wymagania, choćby żeby dało się ją wygodnie grać. Warto pomyśleć o odpowiednim początku i końcu utworu czy o odpowiednim momencie wprowadzenia głównego motywu w taki sposób, żeby dało się to ładnie połączyć w secie. Tego typu rzeczy czerpię z tej drugiej strony.

 

Piotr Figiel Live na festiwalu Ars Cameralis – Berlin in Katowice w 2015, fot. Tomasz Böhm

 

Chciałabym jeszcze dopytać o wspomnianą selekcję podczas kupowania muzyki. Czy jesteś w stanie wskazać cechy, dzięki którym wiesz, czy dany utwór sprawdzi się w klubie?

 

Czysto technicznie?

 

Może być zupełnie technicznie.

 

Na pewno dynamika i puls są dla mnie ważne podczas kupowania muzyki klubowej. Odpowiednia dynamika jest wtedy, kiedy czujemy każde uderzenie, puls, który niesie w sobie muzyka, nie wszystko jest sprowadzone do jednego poziomu i  wypłaszczone. Wraz ze zwiększaniem głośności w masteringu niestety trzeba to częściowo poświęcić, więc lubię utwory które są ciszej zmasterowane i bardziej dynamiczne, dzięki czemu lepiej pracują na dużych sound systemach. Lubię też, kiedy muzyka dobrze pracuje w tzw. dole, czyli niskich częstotliwościach.

Czasem ciężko to ująć w jakieś ramy, po latach mam już wyrobioną intuicję i wiem, czy coś dobrze zabrzmi, na pierwszy rzut ucha. Żeby to ubrać w jakieś konkrety, musiałbym porównać ze sobą dwie rzeczy i wytknąć, co działa (lub nie) w danym przypadku. Są też różne wizje produkcji czy masteringu, każdy utwór jest inny i przez to ciężko podać jakiś zestaw stałych parametrów.

 

W jaki sposób studiowanie inżynierii akustycznej wpłynęło na Twój Djing i produkcję?

 

Na zajęciach w studio nie dowiedziałem się zbyt wiele – idąc na te studia produkowałem już od kilku lat i miałem swój zasób wiedzy, dużo nowości nie było. Natomiast nadrobiłem dużo kwestii związanych z akustyką pomieszczeń, pomiarami. Nie wiem, czy to ma jakiś bezpośredni związek z graniem DJskim… Chyba nie.

Poznałem za to sporo ludzi na tych studiach, wkręciłem się w “starą” Radiofonię. Dzięki ludziom, których tam poznałem, moja kariera radiowa się rozwinęła. Właściwie to tam działo się więcej praktycznych rzeczy niż na studiach – robiłem pierwsze realizacje live’owe, prowadziłem pierwsze audycje, poznałem sporo krakowskich DJów, z którymi do dzisiaj mam kontakt. Więc pośrednio, przez te studia, trafiłem na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie.

 

W studiu dawnej Radiofonii W studiu dawnej Radiofonii

 

Czyli głównie aspekt networkingowy? 

 

Mhm. Kiedy poszedłem na te studia, to był taki moment, kiedy byłem obrażony na granie DJskie. Miałem parę niefajnych sytuacji związanych z graniem i na pewien czas z niego zrezygnowałem. Wróciłem dzięki Radiofonii i złapanym tam kontaktom.

 

Co wtedy odepchnęło Cię od grania DJskiego?

 

To był 2009 rok, moment w którym chciałem grać muzykę deep house’ową, może trochę cięższą, z naleciałościami electro i progressive. W klubach popularny był bardzo komercyjny electro house i minimal, w których nie za bardzo się odnajdywałem w tamtym czasie. Miałem scysję z jednym czy drugim managerem o to, że zagrałem albo za ciężko, albo za lekko, albo nie to co trzeba i jakoś straciłem trochę chęć do dalszej działalności na polu DJskim. Obracałem się wtedy w bardzo specyficznym środowisku i klubach, które niekoniecznie były nastawione na taką muzykę, jaka mnie interesowała. Dzięki ludziom z Radiofonii w końcu trafiłem na część krakowskiego clubbingu która była bardziej przychylna temu, co chciałem prezentować. Kwestia zmiany środowiska, w którym grałem i przebywałem. 

 

Zdarza Ci się jeszcze spotkać z próbami formatowania tego, co i jak masz grać?

 

Zawsze starałem się grać bardzo szeroko, eklektycznie. Nie lubię zamykać się w jednym gatunku, bo to jest po prostu nudne. Jest tyle fantastycznej muzyki w różnych podgatunkach i gatunkach, że ograniczanie się do jednej rzeczy nie ma większego sensu. Mam wrażenie, że część ludzi działających na tej scenie nie zawsze przychylnie do tego podchodzi. Nie wiem, może dlatego że mają doświadczenia z osobami, które przychodząc na imprezę techno grali zupełnie inne, niepasujące rzeczy. Jeśli jesteś eklektycznym DJem czy Djką, trzeba wiedzieć, kiedy i na co możesz sobie pozwolić. Jeżeli idziesz na imprezę z dużym techno line upem, to nie będziesz zapodawać tam deep house’ów, to nie zagra. Ale są mniej formalne wydarzenia, na których jest większa rozpiętość muzyczna i możesz sobie pozwolić na więcej. Albo plenery – uwielbiam grać takie rzeczy na zewnątrz. Jeżeli impreza nie jest sformatowana pod konkretną muzykę, to fajnie sobie popłynąć w rejony, w które niezbyt często jesteś w stanie popłynąć w klubach.

 

DJ set podczas Radiofonicznego Pikniku Muzycznego (2011)

 

Nawiązując do konwencji gatunkowych: przy okazji zapowiedzi wydania antologii „30 lat polskiej sceny techno” napotkałam na cytat, w którym mówisz, że rozmowy z goścmi Twojej audycji radiowej uświadomiły Ci, że nie ma jednego techno, jednej słusznej drogi jego poznawania. Jestem ciekawa, co było wcześniej.

 

Co było wcześniej? Wszystko! Zajawiłem się na muzykę elektroniczną w piątej albo szóstej klasie podstawówki. Mój dostęp do muzyki w tamtym czasie był taki, że albo się kupowało składanki, albo się oglądało Vivę, albo się oglądało MTV… Tam znajdowała się muzyka elektroniczna w bardzo szerokiej postaci: od takiego taniego, topornego eurodance’u po poważniejsze rzeczy, które też czasem leciały. Uwielbiałem program Club Rotation, był troszkę bardziej komercyjny, ale pojawiał się tam house, trance, trochę techno. Z drugiej strony był kanał Viva Zwei z ambitniejszymi rzeczami: bardziej eksperymentalnymi, w stronę techno, drum and bassu i tak dalej. Z trzeciej strony w tych telewizjach często się pojawiały transmisje z dużych wydarzeń, które działy się w Niemczech w latach 1998 i później: Love Parade, Mayday czy Nature One. To były imprezy, na których naprawdę grało się wszystko. Więc to stamtąd czerpałem wiedzę, inspirację.

 

Wracając jeszcze do poprzedniego pytania: zastanawiałam się, czy jeśli te rozmowy z gośćmi audycji uświadomiły Ci tę różnorodność, to nie wiem, może miałeś wcześniej jakiś sprecyzowany obraz techno albo drogi jego poznawania?

 

Słowo techno jest bardzo pojemne. W zależności od tego, z kim rozmawiasz, ta pojemność się zmienia. Dla zwykłego laika, który nie do końca siedzi w gatunkach elektronicznych, to co mu nie podasz i jest 4×4, to będzie techno (niezależnie od tego czy to będzie techno, trance, electro czy inne house’y). Więc ten cytat jest chyba troszeczkę o tym, że przez to, że to pojęcie jest tak szerokie, ludzie rozumieją je na różne sposoby. I o tym, że różne osoby, z którymi w tym momencie gramy podobne rzeczy, odkrywały to techno na różne sposoby. Jeden zaczynał od Kraftwerka i detroit techno, inny od eurodance’u, później trance’u i tak dalej. Jeszcze inny zajawił się na drum and bass, a później i tak wskoczył do worka z techno. Były różne inspiracje i zajawki na początku, ale finalnie wylądowaliśmy w bardzo podobnym miejscu.

 

Audycja Essentia Electronica w Off Radio Kraków - na zdjęciu Figiel i Rraph, fot. Aneta Jońska Audycja Essentia Electronica w Off Radio Kraków – na zdjęciu Figiel i Rraph, fot. Aneta Jońska

 

Wspomniałeś wcześniej, że jesteś dość eklektycznym DJem. Lubisz przechodzić przez różne gatunki w ramach jednego seta, czy chodzi raczej o granie setów utrzymanych w różnych stylach – czasem techno, czasem deep house, a czasem jeszcze innych?

 

I jedno, i drugie. Najfajniej, jeśli możesz w jednym długim secie pokazać różne rzeczy i opowiedzieć tym jakąś historię. Lubię zaczynać lżej, od house’u, głębszych brzmień, może jakiegoś dub techno, może troszeczkę minimali… Powoli budować i przechodzić w coraz cięższe klimaty. Później może na chwilę odpuścić, może na chwilę wrócić – tak, żeby to fajnie popłynęło. Tylko oczywiście musi być odpowiednie miejsce, czas i publika, żeby udało się to przeprowadzić. Jeżeli trafisz na imprezę, na którą ludzie przyszli stricte po muzyczny wpierdol, to nie wyjdzie. Jeżeli jesteś headlinerem albo grasz późno w nocy, to też masz mniejszą możliwość ruchu w tej kwestii. Lepiej do takiego grania sprawdzą się “all night longi” albo dłuższe sety.

 

Jak przygotowujesz się do grania setów?

 

Zazwyczaj staram się pograć chwilę w dzień imprezy lub dzień przed nią: albo z komputera i kontrolera, albo wpaść do kogoś i pograć z CDJów. Chodzi o to, żeby się rozkręcić, przypomnieć sobie jakieś ograne numery, ograć nowości. Druga sprawa to sama selekcja, czyli słuchanie nowych promówek i szukanie nowych rzeczy do zakupu. Zazwyczaj jest tak, że mam koszyk wypełniony muzyką, a decyzję o samym zakupie podejmuję dzień czy dwa przed graniem. Staram się mniej więcej przewidzieć, co mogą zaprezentować headlinerzy, żeby jakoś się wpasować i nie zagrać czegoś zupełnie innego. Czasem zdarza mi się przygotować playlistę na zasadzie „to na pewno chciałbym zagrać”, ale to co wychodzi finalnie podczas imprezy to zupełnie inna sprawa.

 

Jeśli nie zrobisz sobie takiej playlisty, to grasz po prostu ze zbioru folderów na USB?

 

Tak. Przygotowane wcześniej playlisty z konkretnie ustaloną kolejnością utworów nie sprawdzają się w klubach, to od razu można powiedzieć głośno i wyraźnie. Nie wiadomo, na jaką sytuację trafimy, co będzie grała osoba przed nami. Ustawimy sobie playlistę na peak time, a nagle okaże się, że trzeba jednak rozkręcać imprezę i ta playlista już się nie sprawdzi. Pod tym kątem przygotowanie na sztywno według mnie nie ma większego sensu.

W przypadku streamów, nagrywania jakiegoś wideo, czy audycji radiowych to ma troszeczkę większy sens, bo w takich wypadkach nie ma feedbacku od publiki. Ale nawet w takich sytuacjach często wyskakuję poza playlistę i zaczynam improwizować. Więc klub – pełna improwizacja, ewentualnie playlista rzeczy, które chciałbym zagrać. Streamy i radio – trochę więcej przygotowania, kolejności.

 

Sylwestrowy DJ set w STK 47 Warehouse, fot. Kuba Longa Sylwestrowy DJ set w STK 47 Warehouse (2019), fot. Kuba Longa

 

A jak się zabierasz za nagrywanie podcastów?

 

Nie cierpię nagrywać podcastów, bo to jest bardzo oderwane od rzeczywistości klubowej, nie ma feedbacku z drugiej strony. Wydaje mi się, że dużo ludzi za tym nie przepada. Jak już coś robię, staram się stopniować napięcie – żeby najpierw było intrygująco, później wciągało, dążyło do jakiegoś peak time’u i na koniec było jakiegoś rodzaju rozwiązanie. To jest troszeczkę inny sposób opowiadania historii, dobierania numerów. Jak uda się nagrać takiego seta, którego chce się puścić od początku od razu po zakończeniu, to wtedy jest najfajniej.

 

Chciałam zapytać o parę spraw sprzętowych. Jesteś kojarzony z dość dogłębnej znajomości sprzętu do produkcji muzycznej. Jak to jest w przypadku narzędzi DJskich? Zwracasz uwagę na sprzęt z którego grasz?

 

W momencie, kiedy poczułem się dosyć dobrze technicznie, przestałem zwracać uwagę na pewne sprzętowe sprawy. Posiadając podstawową wiedzę na temat tego, jak dany sprzęt działa, jestem w stanie poradzić sobie w 90% procentach przypadków bez większego problemu. Miałem do czynienia z różnym sprzętem, w różnym stanie. Wiadomo, czasem są jakieś przydatne funkcje i trzeba doczytać instrukcję albo obejrzeć wideo w internecie, jak coś zrobić, ale w moim przypadku to są dość rzadkie sytuacje. Funkcje z których korzystam są na tyle podstawowe, że nie bardzo mam już czego szukać na ten temat. Myślę, że więcej by powiedzieli ludzie, którzy robią triki ze sprzętem – tacy którzy uprawiają battle DJing, scratchują i inne cuda na kiju wyprawiają.

 

Zauważyłam na niektórych streamach, że korzystasz z gramofonów i timecode’ów, czyli setupu, który obecnie wydaje mi się dość mało popularny.

 

Mam w domu dwa gramofony i mikser. Szkoda mi trochę wydawać na CDJe, bo nie mam tyle czasu na granie w domu czy w studio, ile bym chciał. Więc kupiony kiedyś zestaw Native Instruments Traktor służy mi do dziś.

Jak zaczynałem, to się grało z winyla i dopiero wchodziły pierwsze możliwości grania z płyt CD. Miałem bardzo małą kolekcję winyli, później zaczęło się kupowanie z Beatporta i wypalanie na płytach CD. Następnie pojawiły się pierwsze systemy DVS (Digital Vinyl System) – nie trzeba było wypalać tych płyt, tylko można było przyjść, podłączyć komputer, kartę dźwiękową i z tego grać. Można było korzystać z kontrolerów, co było mniej fajne (jeden przycisk synchronizował wszystko i po całej zabawie) albo z “timecode’ów” w formie płyt CD czy winylowych. Długo grałem z winylowych timecode’ów, był większy fun z grania. Nie przepadam za graniem na syncu, po prostu się nudzę. Dokręcam „na ucho” niezależnie od tego, z czego gram, mam wtedy lepszy vibe. Więc jak mam potrzebę grania w domu, to biorę komputer i timecode’y. Nie jest to wygodne z punktu widzenia grania w klubie – 10 lat temu praktycznie wszyscy grali z komputera, to był jakiś dramat. Przełączenie się w trakcie imprezy, przepinanie kabli, niejednokrotnie ktoś coś zepsuł, coś komuś potrącił, odpiął nie to co trzeba, komputer się zawiesił… Kiedy pojawiła się opcja grania z pendrive’ów, to było super – idziesz, podpinasz, wszystko jest podłączone, nie trzeba kombinować, jedziemy.

 

Jeszcze jeden sylwestrowy DJ set, tym razem w katowickim INQbatorze (2013), fot. butlon.blogspot.com

 

Czyli obecnie najbardziej lubisz grać z CDJów?

 

Tak. Nie przepadam ostatnio za graniem z “placka”. Był taki moment, po zachłyśnięciu się graniem z komputera i timecode’ów, że kupowałem sporo winyli i znów z nich grałem. Tylko problemem było to, że niestety w większości klubów gramofony są bardzo kiepsko ustawione. Po którejś z kolei imprezie, na którą pojechałem z pełnym casem, a wszystko i tak zagrałem z pendrive’ów (bo nie dało się grać z płyt), stwierdziłem, że nie chce mi się. Jestem zbyt leniwy, żeby tachać te płyty i później i tak z nich nic nie grać, skoro są szybsze i wygodniejsze metody. Nie korzystam z synca, i tak zgrywam wszystko na ucho, więc fun z grania pozostaje.

Dyskusja o wyższości grania z winyli nad pendrive’ami jest kompletnie bez sensu. To są dwa kompletnie różne nośniki, które mają swoje plusy i minusy.  Dla mnie osobiście digital to jednak przyszłość – wygoda, szybkość zdobywania muzyki. Winyl ma swoje plusy – jest przyjemnym nośnikiem jako takim, ładnie wygląda, wymaga trochę więcej umiejętności, przez co jest więcej zabawy z grania. Jednak z punktu widzenia użyteczności i wygody, choćby w trakcie podróży, zostaje z tyłu. Brzmieniowo to też nie jest zbyt fajny format, niektórzy mówią, że winyl brzmi lepiej niż cyfra, ale to nie jest prawda, niestety. Pomijając kwestie sprzęgających gramofonów czy połamanych i zużytych igieł, to im bliżej środka płyty znajduje się igła, tym bardziej jakość dźwięku będzie zdegradowana. Fizyka  – coś czego niestety raczej już nie przeskoczymy.

 

Kolejne pytanie z gatunku technicznych, DJskich. Czy jesteś w stanie opisać swoją technikę miksowania?

 

Na pewno po latach rzadko mi się zdarzają “konie”, zazwyczaj mam bardzo dokładne miksy. Na pewno staram się grać tak, żeby zgadzały się frazy z muzyce. W techno może niekoniecznie jest to jakieś aż tak ważne, bo często niewiele się zmienia, natomiast w gatunkach typu house, deep house czy wokalowych historiach, to jest bardzo istotne, żeby te numery się fajnie zazębiały. Nie liczę taktów, fraz – robię to już bardziej podświadomie, na wyczucie. Jeżeli producent nie był “złośliwy”, to elementy zmieniają się regularnie, co 8, 16 czy 32 uderzenia, więc nie ma problemu.

Co jest charakterystyczne… Potrafię zagrać bardzo dużo numerów bardzo szybko, szczególnie w setach techno. Czasami nawet za szybko – zanim klimat w numerze zdąży się ustalić, to ja już zaczynam wchodzić następnym, więc to plus i minus w zależności od sytuacji. Po prostu lubię jak dużo się dzieje – set jest ciekawy, pełen zmian, dynamicznie idzie do przodu. Chociaż to też zależy od gatunku – jeśli grasz muzykę progresywną, minimalową albo właśnie taką „deepową”, to tam jest troszkę większy nacisk na budowanie klimatu i powolny rozwój wewnątrz samych utworów. Za szybka zmiana numerów w takich gatunkach niekoniecznie ma sens. W techno – czemu nie.

Staram się, żeby przejścia między numerami nie były słyszalne, żeby one jak najdłużej grały ze sobą, uzupełniały się. Żeby przejście nie było bardzo mocne w jednym krótkim momencie, tylko żeby wszystko sobie płynęło, budowało sobie historię, przechodziło powoli jedno w drugie. W live actach trochę łatwiej to zrobić, niż w setach DJskich. Mój live właśnie tak płynie – odchodzi jeden motyw, wchodzi następny, mieszają się.

Wspominałem wcześniej, że każdy utwór brzmi trochę inaczej, inny miks, inny mastering, więc gdy chcesz zagrać spójny brzmieniowo set, bardzo ważna jest praca z equalizerem. Jestem w stanie zbalansować różnice między utworami które gram. To z technicznego punktu widzenia, z bardziej artystycznego – ten equalizer wpływa na to, jaki masz odbiór muzyki po drugiej stronie. Klasyczna sytuacja: mniej basu, więcej basu, wycinasz, dodajesz z powrotem.

Często bawię się poziomami głośności numerów w secie. Co prawda staram się żeby utwory były na jednolitym poziomie głośności, ale staram się budować napięcie także poprzez regulację tych poziomów. Na przykład jeśli wiem, że jest jakiś epicki drop i chcę, żeby był jeszcze bardziej epicki, to lekko i stopniowo wyciszam utwór i powracam z pełną mocą na tym dropie.

Wracając do tego, co mówiłem w kontekście masteringu – jest mikrodynamika, dzięki której czujesz puls w numerze (stopa, bas i tak dalej). Ale masz też makrodynamikę – jak ten utwór jest zbudowany od początku do końca. Czyli, w przypadku jakiegoś standardowego utworu, masz wstęp na niższym poziomie głośności, zwrotkę na trochę wyższym, refren na jeszcze wyższym, bridge który znów jest ciszej, kolejną zwrotkę która jest głośniejsza niż poprzednia i kolejny refren, który jest najgłośniejszy. Numery, które gramy, są często bardzo statyczne w makrodynamice (takie „nitki”, wszystko leci cały czas na bardzo podobnym poziomie głośności). Jesteś w stanie wygenerować tą makrodynamikę grając poziomami głośności, equalizerem czy efektami. Jeśli rozłożysz to odpowiednio w czasie, to odbiorcy się nie zorientują, że jest troszeczkę ciszej niż było. Nie zorientują się też, że twoje zabiegi nie są oryginalną częścią utworu. Natomiast jak wjedziesz z powrotem na pełną moc, to wtedy się dzieją różne ciekawe rzeczy po drugiej stronie DJki.

 

Piotr Figiel Live w Szklarni w Centrum Kultury w Lublinie Piotr Figiel Live w Szklarni w Centrum Kultury w Lublinie (2017)

 

Jest jeden temat, który (w moim odczuciu) dość rzadko się pojawia w DJskich rozmowach. Jak podchodzisz do ochrony słuchu w DJingu?

 

O, to jest bardzo ważne! Praktycznie od początku działalności DJskiej gram w jakiegoś rodzaju zatyczkach do uszu. Poziomy głośności generowane przez obecne soundsystemy są duże, przez co można sobie uszkodzić słuch. Wiele osób grających od lat ma problemy z jednym lub obojgiem uszu, właśnie w związku z dużą ekspozycją na hałas. Jeśli ktoś chce się tym zajmować profesjonalnie i długo oraz czerpać przyjemność z grania, to warto się zainteresować tym tematem.

Są różne rodzaje ochronników, trzeba je odpowiednio dobrać. Jeśli gramy DJsko lub live actowo, to warto sobie sprawić zatyczki przeznaczone dla muzyków, najlepiej odlewane do kształtu ucha. Koszt to jest jakieś 600-700 zł, ale dają bardzo wysoki komfort grania. Są przystosowane konkretnie do twoich uszu, nie wypadają podczas grania, liniowo obniżają poziom dźwięku we wszystkich zakresach częstotliwości, które słyszysz. W przeciwieństwie do zwykłych gąbkowych zatyczek do ucha, które bardzo tłumią wysokie częstotliwości, przez co tracisz na klarowności brzmienia i nie słyszysz detali. Tego typu produkty raczej nie sprawdzą do grania, chociaż mogą się sprawdzić podczas uczestnictwa w głośnej imprezie. Są też uniwersalne (nie customowe) ochronniki dla fanów koncertów czy imprez – one też są ok. Ale jeżeli dużo grasz, manipulujesz słuchawkami na głowie, to lubią wypadać z ucha.

Jeżeli gramy często, w pewnym momencie słuch może zacząć niedomagać. Już 15 minut przebywania w hałasie na poziomie 100 dB może powodować nieodwracalne uszkodzenia, przy 110 dB wystarczą już 2 minuty! Nie ukrywajmy, imprezy czy koncerty często przekraczają ten poziom, a sety djskie to minimum 60 minut grania. Fajnie, jak jest głośno, ale od pewnego momentu zaczynamy czuć fizyczny ból i dyskomfort. Im dłużej siedzisz w hałasie, tym bardziej usztywniają się mięśnie, które trzymają kosteczki słuchowe, co ma zapobiegać mechanicznym uszkodzeniom. W efekcie wydaje nam się, że nie jest już tak głośno, ale ten mechanizm obronny wcale nie sprawia, że hałas traci swój negatywny wpływ na cały układ. Paradoksalnie też, część idei muzyki, którą gramy, jest w fizycznym poczuciu dźwięku, że musisz czuć te uderzenia i dynamikę, co nie zawsze da się wygenerować przy niskich poziomach głośności. Zatyczki poniekąd ratują w tej sytuacji, szczególnie gdy jest jednak sporo za głośno.

 

Live na Sacrum Profanum Before w krakowskim ZetPeTe, fot. Jacek Dyląg Live na Sacrum Profanum Before w krakowskim ZetPeTe (2016), fot. Jacek Dyląg

 

Skojarzyło mi się jeszcze z tą fizycznością dźwięku, że w trakcie grania jest nie tylko to co słyszysz, ale także to co czujesz – głównie niskie częstotliwości. Na przykład jak zgrywasz dwa numery i one się tak nałożą czasowo, że fale z jednego i drugiego się znoszą, zamiast się podbijać, to nagle okazuje się, że nie masz tego basu, który jest tak bardzo pożądany. Podczas grania oprócz tego, że słucham, to lubię też czuć. Wtedy nawet jeśli na ucho nie słychać dokładnie, co się dzieje z dołem, to jesteś w stanie wyczuć to na przykład w drganiach podłogi.

 

Co można zrobić, żeby było to czuć podczas grania w klubie?

 

Ważne, żeby był dobry odsłuch. Najfajniej, jeśli masz pełen zestaw odsłuchowy – dwie satelity i jeszcze subwoofer – wtedy jest super, bo tak naprawdę możesz się odizolować od tego, co jest po drugiej stronie. Jak tego nie ma, to fajnie jak trochę tego dołu wraca z sali. Chyba najlepiej mi się grywa właśnie z takim pełnym zestawem odsłuchowym, super się gra także w przypadku soundsystemu ustawionego w kardioidę w niskich częstotliwościach (czyli bas z frontowego nagłośnienia leci tylko i wyłącznie do przodu i praktycznie nie gra do tyłu, na scenę). Plus jest wtedy taki, że na scenie nie ma praktycznie żadnych wibracji. Nie ma sytuacji, że strasznie dużo basu wraca z sali albo że masz go zupełnie za mało, mniej sprzęgają się gramofony – masz odsłuch, który robi dla ciebie dokładnie to, co chcesz, żeby robił.

 

Wracając do bardziej ogólnych wątków. Jak utrzymujesz zajawkę na muzykę i pracę z dźwiękiem przy takiej ilości różnych zajęć z tym związanych?

 

Myślę, że ten płodozmian dużo daje, że za każdym razem robię troszeczkę coś innego. Jeżeli pracuję dla kogoś, to też za każdym razem trafiam na inną osobę, inny zestaw problemów do rozwiązania. Też to nie jest tak, że jestem jakimś robotem. To chyba znak naszych czasów, że wszystkim się wydaje po social mediach, że jesteś robotem który wypluwa z siebie a tu secik, a tu coś tam, milion releasów i tak dalej. A wcale nie jest tak, że vibe i zajawka cały czas jest. Czasem niestety przeobraża się to w ciężką, pełną frustracji pracę, czego nie widać, bo ludzie o tym nie mówią, nie postują bo to się “nie klika”. Czasem jest tydzień bez niczego – muzyki czy robienia muzyki – i to też jest ok. Czasem masz flow, zajawkę i wszystko idzie z górki, trzepiesz numer za numerem, sporo grasz, a czasami jest tak, że przez jakiś czas kompletnie nic się nie dzieje. To przychodzi i odchodzi falami. I to jest jak najbardziej normalne i naturalne.

 

Co robisz w takich przypadkach, kiedy brakuje zajawki?

 

Jeśli dochodzę do dołków, w których już naprawdę nie mam siły na robienie czegokolwiek, to po prostu robię sobie przerwę. Albo się zajmuję innymi rzeczami. Ale cały czas staram się jednak coś robić – uważam, że nawet jak coś ci nie wychodzi, wszystkie pomysły jakie z siebie wypluwasz są złe, to też jest droga do przodu. Złe pomysły zostały wyrzucone, może wśród nich jednak trafi się jeden dobry. A nawet jeśli nie, to masz coś, do czego możesz wrócić po czasie. Zrewidować pomysł, coś z niego wyciągnąć, zostawić, zmienić, zremiksować i może uzyskasz coś fajnego. Parę numerów zrobiłem właśnie na zasadzie wracania do starego projektu, wyciągania paru elementów i robienia z nich czegoś nowego. Jeżeli praca kreatywna nie idzie, to zawsze można zrobić coś innego – zrobić swoje własne sample, przejrzeć nowe wtyczki, porobić sobie własne brzmienia, zająć się mało używanym urządzeniem i poznać go głębiej, tego typu rzeczy. Jeżeli jest dobry okres, to warto wyrzucić z siebie w tym szczycie kreatywności jak najwięcej się da, a później można sobie przy tym powoli dłubać – robić detale, miks, mastering.

 

Studio Miejsce pracy, czyli studio

 

Znasz muzykę od podszewki – typowe konstrukcje, patterny, sposoby generowania określonych dźwięków. Jak to, że masz taką wiedzę, wpływa na Twoją możliwość przeżywania muzyki?

 

Zmienia się trochę percepcja, z biegu zaczynasz analizować, znajdować błędy, myśleć co można by poprawić. Jest zresztą taki dowcip w branży, którego puentą jest “eee ja bym to zrobił inaczej”. Jak chcesz faktycznie czerpać przyjemność z słuchania muzyki, to trzeba się nauczyć to wyłączać.

Trochę problematyczne jest to, że jak dużo pracuje z muzyką, to nie za bardzo mam czas na słuchanie muzyki dla przyjemności. W pewnym momencie granie muzyki w klubach było tym przebywaniem z muzyką dla przyjemności, bo ze względu na pracę w studio, dzieci w domu i tak dalej, nie było czasu na zwykłe słuchanie. Czasem jest taki wybór: czy chcę słuchać muzyki, czy może jednak w tym czasie tę muzykę zrobić. To jest dylemat i dramaturgia bycia producentem: jak ten czas podzielić, co z tym faktem zrobić (tym bardziej, że warto śledzić co się dzieje i czerpać skądś inspiracje).

Dodatkowo jeśli wiesz jak coś jest zrobione, to część magii muzyki ucieka. Mam tak trochę z muzyką modularową – ludzie się strasznie zajawiają, że ktoś występuje z modularem na scenie, a z kolegami tego słuchamy i stwierdzamy, że nic fascynującego na tym modularze nie robi. Miałem parę takich rozczarowań, gdy jakieś urządzenie albo jeden moduł, robi dokładnie to, co artysta zrobił na danej płycie czy w utworze, przekręcając jedno pokrętło. Jaki tu jest pierwiastek eksperymentu czy nowości? Ale w sumie to też są rzeczy bardzo subiektywne, każdy je odczuwa inaczej. To jest lekcja, której uczysz się przebywając w szeroko pojętym środowisku artystycznym i pracując z innymi artystami – to co Tobie się nie podoba, niekoniecznie nie podoba się też innym. I na odwrót – coś, co jest super zajawką dla Ciebie, niekoniecznie będzie interesujące dla kogoś innego. I to jest ok, trzeba mieć otwartą głowę.

 

Zdarza Ci się czasem słuchać DJ setów dla przyjemności, po prostu?

 

Rzadko.

 

Chodzi mi zarówno o przesłuchanie czegoś w domu, jak i o to, czy zdarza Ci się iść do klubu, żeby posłuchać jakiegoś seta. Jako odbiorca.

 

Dawno mi się to nie zdarzyło. Głównie przez to, że muzyka stała się w pewnym momencie pracą i nie miałem czasu żeby wyjść po prostu na imprezę, zobaczyć konkretnego artystę (na przykład dlatego, że grałem w tym czasie w innym miejscu). Dużo rzeczy cię omija, to jest minus profesjonalnego uczestnictwa w takiej branży. Bardzo często ten odbiór był możliwy dzięki temu, że akurat grałem na imprezie, gdzie grał też ktoś kogo chciałem posłuchać.

Cały czas staram się jednak słuchać setów. Co tam słychać muzycznie u znajomych czy set fajnego artysty, który właśnie się pojawił. Na pewno nie jest tak, że śledzę całą scenę, kto jaki podcast wypuścił – po prostu nie mam na to czasu. Świat muzyczny jest tak zapełniony muzyką, że nie jestem w stanie przesłuchać wszystkiego, choćbym nawet bardzo chciał.

 

A kiedy już słuchasz czegoś, jako odbiorca – na co zwracasz uwagę? Co Ci się podoba w setach czy utworach jako odbiorcy?

 

Jeżeli technicznie nic mnie nie odrzuca, to chyba najbardziej porywają mnie ludzie, którzy potrafią zagrać z groovem. Czyli tak, że sama rytmika rwie do tego, żeby się pobawić, potańczyć. Niektórzy grają bardzo statycznie – to mnie nie porywa. Musi być drive, coś ciekawego w tym, co ktoś gra. To jest oczywiście bardzo subiektywne odczucie, które zależy od wielu czynników.

Zwracam też uwagę na to, jak DJ reaguje na to, jak reaguje publika, czy potrafi wpłynąć na to jak przebiega impreza. Fajnie przeanalizować takie granie po fakcie, jak już masz tracklistę, nagranie z tej imprezy i pamiętasz, co się działo w których momentach. Można wtedy usiąść z kartką papieru i zastanowić się, co się stało i dlaczego – nawet prowadziłem kiedyś takie warsztaty na Szpitalnej. Pokazywałem uczestnikom tracklistę, którą zagrałem na jednej imprezie którą fajnie się udało rozkręcić, wbrew niezbyt korzystnym warunkom. No i analizowaliśmy krok po kroku, co się działo, dlaczego, jakie numery wybrałem, dlaczego w danym momencie podjąłem taką a nie inną decyzję. No i znowu trwa tutaj wewnętrzna walka między przyjemnością odbioru, a chęcią analizowania.

 

Warsztaty "Kompozycje przestrzenne" w Biurze Dźwięku Katowice (2015), na zdjęciu od lewej EERT (Grzegorz Paszkiewicz), Piotr Figiel, AARPS (Piotr Wojczak) i Headbite (Marek Górski) Warsztaty “Kompozycje przestrzenne” w Biurze Dźwięku Katowice (2015), na zdjęciu od lewej EERT (Grzegorz Paszkiewicz), Piotr Figiel, AARPS (Piotr Wojczak) i Headbite (Marek Górski)

 

Właśnie, jeśli chodzi o początkujących – szczególnie że podczas pandemii dość dużo osób uczy się i gra sobie w domu. Co byś doradził osobom, które zaczynają?

 

Grać, grać, grać. Ćwiczyć, szukać ciekawej muzyki. Z graniem DJskim jest trochę tak, jak z graniem na instrumencie – im więcej grasz, im więcej sprawdzasz się w różnych sytuacjach, miejscach, na różnych nagłośnieniach, sprzęcie – tym lepiej to robisz. Zawsze na początku problemem jest technika (czy to w DJingu, graniu live actów czy graniu na instrumencie). Nie masz tego „pod palcami”, nie masz pamięci mięśniowej, więcej myślisz o tym, jak grasz, niż co grasz. Duża ilość ćwiczeń pozwala dojść do momentu, w którym techniczna strona grania kompletnie przestaje ci przeszkadzać, totalnie o niej nie myślisz i zaczynasz się zastanawiać nad innymi rzeczami: nad merytoryką, co zagrać, jak zagrać, jak reaguje publika. W domu na spokojnie można też sobie ogarnąć sprawy techniczne: gdzie jest jaka funkcja, jak co się podłącza, jest czas na przeczytanie instrukcji czy sprawdzenie tutoriali w internecie. Podczas grania na imprezie nie ma takiego komfortu.

Osobiście nie polecałbym grania z synciem od samego początku. Nawet kiedy go używasz, potrzebujesz słyszeć pewne podstawowe rzeczy, na przykład beatmatching (bo automatyczna synchronizacja nie jest idealna). Jeśli od początku wyrzucasz sobie tą zmienną i nie zwracasz na nią uwagi, to w pewnych momentach sobie nie poradzisz. A jeśli od początku grasz na słuch, musisz dokręcać, ustawiać pitch i tak dalej, to uczysz się, czego dokładnie musisz słuchać, żeby wiedzieć, że coś się rozłazi. Granie z synca jest kuszące, bo nie umiejąc nic możesz zacząć grać i to też jest ok, ale wydaje mi się, że warto jednak podejść do sprawy nauki grania kompleksowo, tymbardziej jeżeli chcesz zajmować się tym profesjonalnie. Polecałbym też sobie po prostu dać czas – na spokojnie, wszystkiego się można nauczyć, w pewnym momencie te sprawy techniczne już nie będą sprawiać problemu. Szkoda zabijać vibe imprezy będąc początkującym, na przykład przez zmienianie numerów w nieodpowiednich momentach, robiąc “konia” za “koniem” albo grając kolejny numer trzy razy głośniej niż poprzedni.

 

Ostatnie pytanie, z trochę innej beczki. Wspomniałeś w jednym z postów o Biurze Dźwięku Katowice jako jednej z najważniejszych inicjatyw dla Twojego muzycznego rozwoju.

 

Ta inicjatywa jest dla mnie ważna, bo poznałem tam sporo osób, które robią muzykę elektroniczną, ale w kompletnie inny sposób niż ja to wcześniej robiłem. Wracając do studiów – może był tam jeden kolega, który siedział stricte w elektronice, nie bardzo były tam osoby, z którymi miałem wiele wspólnego pod względem producenckim. W Biurze Dźwięku okazało się, że są ludzie którzy siedzą w elektronice, robią fajne rzeczy, zupełnie inaczej niż ja. Sporo udało mi się podejrzeć. Pierwsze warsztaty, w których uczestniczyłem, uświadomiły mi, jak ważne jest szybkie pracowanie, że warto jak najszybciej wypuszczać i realizować pomysły, nie martwić się detalami na początku. To chyba największa nauka, jaką stamtąd wyniosłem. No i oczywiście uzależnienie od kupowania sprzętu!

 

Publiczna sesja 17 Biura Dźwięku Soundsystem w Parku Zadole w Katowicach (2015) Publiczna sesja 17 Biura Dźwięku Soundsystem w Parku Zadole w Katowicach (2015)

 

To była ostatnia rzecz, o którą chciałam zapytać. Ale może chciałbyś podzielić się czymś jeszcze?

 

Mam coś do przekazania dla osób, które zaczynają się zajmować produkcją czy DJingiem. Żeby nie bać się pytać. Warto zadawać nawet „głupie” pytania, nawet jeśli z perspektywy doświadczonej osoby mogą się wydawać trochę upierdliwe. Ale jak się tych pytań nie zada, to nie będzie się wiedzieć. Bardzo długo schodzi na odkrywanie pewnych rzeczy samodzielnie – wiem, bo tak robiłem. I wiem, ze jakbym w pewnych momentach mojej kariery zapytał o pewne kwestie, to do niektórych wniosków doszedłbym znacznie szybciej.

Mam wrażenie, że niektóre nowe osoby zakładają, że są już świetne i na tym poprzestają. Albo po prostu wstydzą się, że nie wiedzą, a środowisko potrafi być bardzo hermetyczne i nieprzychylne. Przez to taka osoba nie rozwija się w żaden sposób, co niestety potem widać i słychać. Wiadomo, jakie jest środowisko w którym się obracamy: imprezka, melanż, chęć szybkiego zaistnienia i różne pokusy, które potrafią przysłonić to, co jest według mnie najważniejsze, czyli chęć dzielenia się z innymi muzyką i wspólne jej przeżywanie w jak najlepszym wydaniu. Lubię naiwnie myśleć, że to właśnie muzyka jest tym dlaczego tak wiele osób interesuje się graniem i dopiero za tym idą pozostałe kwestie.

 

OK, to dzięki za rozmowę i przesłanie na koniec!

 

Podczas DJ seta na Techno Session w Prozaku 2.0, fot. Larix Podczas DJ seta na Techno Session w Prozaku 2.0, fot. Larix